Kolorowe szare życie

Są różne kolory, np. niebieski, zielony, żółty, pomarańczowy, czerwony, różowy, brązowy. Razem z ich odcieniami (i to nie tylko jasnym czy ciemnym, ale też wieloma „specjalistycznymi”, których nie podejmuję się tu nazywać) można mówić o dziesiątkach, jeśli nie setkach barw.

Jeden stał się jednak tak powszechny, zrobił tak zawrotną karierę, że aż stał się synonimem nudy, nijakości i/lub przeciętności – szary. Szare są często jezdnie, chodniki, słupy energetyczne, samochody, ich felgi, budynki, podjazdy i… papier toaletowy. Czy to przypadek, że właśnie do ostatniej pozycji porównuje się nędzne życie (długie, szare i do dupy)?

Oczywiście to porównanie nie świadczy musowo o nędzy życia, jednak ostatnio zastanowiło mnie, co takiego ludzie widzą w szarości. Że jest praktyczna, stonowana i/lub pasuje do wszystkiego? Może i tak, ale warto sięgać więcej też po inne kolory. Sprawdzają się w wielu zastosowaniach, a do tego czynią życie barwniejszym – dosłownie i w przenośni.

Pokażę to na przykładach domów wolnostojących na zrzutach ekranów z Map Google. Jeżdżę czasem na wycieczki, a od kilku miesięcy zwracam też większą uwagę na kolory mijanych domostw. Zaczęły mnie ciekawić.

Szarość widzę, szarość… elewacja tego konkretnego domu wykazuje akurat związek zgody z barwą płotu. Tak udało im się dobrać.

Ten dom na dwóch zdjęciach, żeby lepiej było widać jego szczegóły. Tutaj miła odmiana – ciemnobrązowa elewacja, trochę jaśniejsze ramy okien z okiennicami i drzwi z futryną (od strony kwiatów), a do tego biało-zielone malunki. Znalazło się też miejsce na szarość na dachu i bocznej ścianie, ale nie jest ona dominantą.

Dom jest miejscem, gdzie człowiek spędza zazwyczaj dużo czasu, a przez to i barwy pierwszego (obok innych czynników wpływających na jego odbiór, np. jego stanu, roślinności wkoło lub jej braku) mogą mieć duży wpływ na samopoczucie drugiego. Warto zadbać o kolory pozwalające czuć się dobrze i to nie tylko na domu, ale też w innych częściach życia, np. na ubraniach, butach, samochodzie, biżuterii.

Ech, ta dzisiejsza młodzież

Czasy się zmieniają, a wraz z nimi pokolenia i ich typowe wzorce. Niezmiennym jednak bywa to, że starsze pokolenie potrafi narzekać na dzieci czy młodzież, np. że tylko by się bawiła, grillowała, imprezowała, piła, paliła, ćpała, grała w gry wideo, siedziała w Internecie czy domu, jest wulgarna i chamska.

Czasem doda stwierdzenie, że za jego czasów było zupełnie inaczej (w domyśle lepiej), np. że dzieci nie dało się zagnać do domu, a dziś nie można ich z niego wygnać.

Rzadko pokaże alternatywy, które uważa za ciekawe, konstruktywne i/lub popularne w czasach swojej młodości, np. dawną muzykę, film, literaturę, zachęci do czynnego wypoczynku (piłki nożnej, koszykówki, siatkówki, spacerów, biegania, pływania, jazdy na rowerze, tenisa, bilarda, kręgli).

Takie narzekania same w sobie nie zmienią jednak młodych ludzi. Co najwyżej sprawią, że ci nabiorą niechęci do narzekaczy i/lub starszego pokolenia w ogóle, być może jeszcze większej niż dotąd.

Do zmiany może przyczynić się natomiast pokazanie czegoś własnym przykładem. Masz choćby niezły kontakt z dziatwą/młodzieżą, a nie podoba ci się jej sposób bycia pod jakimś względem? To pokaż jej coś, co sprawdza się dla ciebie czy zainspiruj do czegoś, zwłaszcza jeśli sam masz dzieci lub wnuki. Być może po latach podziękują ci za to.

W tym przykładzie nie chodzi o bycie wywyższającym się i moralizującym mędrcem, który przybędzie w chwale udzielać długie wykłady o tym, jak żyć i to tłumom. Chodzi raczej o podzielenie się jako zwykły człowiek czymś interesującym, pożytecznym i/lub wartościowym z jednostkami, które są otwarte na to.

Czasy nie są takie, że wszyscy młodzi muszą powielać stereotypowe wzorce jak wyżej, na które się narzeka. Być może niektórym też nie podoba się ich część i szukają alternatywy, ale nie wiedzą, gdzie ją znaleźć. Właśnie tutaj ważna jest rola starszego pokolenia, które może ją pokazać i to z prostej przyczyny: jest „większe wiekiem” i przez to więcej widziało w życiu, w tym pewne wzorce, które niegdyś były na fali, a dziś są nieznane. Młode pokolenie nie miało aż takich szans ich poznać, bo wielu jego członków nie było wtedy na świecie lub było zbyt małych, chyba że któryś zrobił to na własną rękę.

Poza tym są wakacje, czas ciepły i wolny od nauki dla większości dziatwy i młodzieży – kiedy jeśli zwłaszcza nie teraz zachęcać ją do aktywności innych niż powodujące narzekania? Wraz z powrotem roku szkolnego czy akademickiego będzie jej trudniej o te czynności.

Moda nie tylko na sukces

Moda przychodzi, trwa pewien krótszy lub dłuższy czas i w którymś momencie odchodzi stając się staromodna. Wówczas jej miejsce na nową kadencję zajmuje inna, nowomodna lub nowoczesna, jak kto woli. Obowiązuje pewien czas, po czym podziela los poprzedniczki.

Mogłoby się wydawać, że moda panuje tylko na pewien rodzaj ubrań czy butów. Otóż niekoniecznie. Można dużo bardziej poszerzyć to pojęcie i mówić o modzie na np. pewien rodzaj domów, wystrój wnętrz, rodzaj samochodów czy ich stylizacji, słowa, zachowania, urządzenia, strony internetowe, tematy filmików na Youtube, imprezy, programy telewizyjne, filmy, spektakle teatralne, piosenki, podejście do przyrody, podejście do drugiego człowieka w danej sferze, aktywności fizyczne czy duchowe, podróże do pewnych miejsc, leki, potrawy, przyprawy, owoce, warzywa.

Moda na to, a nie coś innego sama nie bierze się znikąd. W części sfer wyżej ktoś ją stworzy i nazywa się trendwatcher, a ktoś inny wypromuje i nazywa się trendsetter. O tym, jak to się dzieje i o paru innych sprawach mówi ten tekst, który polecam jako uzupełnienie tematu: http://natemat.pl/10617,skad-sie-biora-trendy-trend-watchers-projektanci-potrzeb

Jaka moda obowiązuje teraz w jakiej sferze? Warto ją zaobserwować. Warto też zastanowić się, czy naśladować ją, bo np. jest zdrowa czy przydatna, czy też lepiej ją odpuścić.

Nie każda moda jest zła, ale w drugim wypadku może chodzić o skryte, lecz skuteczne wciskanie odbiorcy (potencjalnemu klientowi) jakiegoś produktu lub usługi, której ten tak naprawdę nie potrzebuje.

To tworzenie sztucznej potrzeby kupna czegoś nowego, np. smartfona, bo stary jest już za wolny, ma za mało funkcji, przedpotopowy, niemodny… (wstawić inne chwytliwe określenie). Nieważne, że był kupiony przed tygodniem. Nieważne, że za miesiąc coś zacznie w nim szwankować lub padnie całkiem, np. mikrofon czy słuchawka. Do wtedy przynajmniej jego posiadacz będzie trendy wzbudzając zazdrość innych ludzi.

Warto więc być świadomym własnych potrzeb, żeby nie ulegać wpajanym przez kogoś. Warto też wiedzieć, ile rzeczy już się posiada i szczerze odpowiedzieć sobie, czy potrzeba nowych. Dom, samochód, meble, telewizor, komputer, wieża, telefon, ubrania, buty, sztućce, naczynia, pralka, lodówka, zmywarka, krajalnica, mikrofalówka, toster… lista robi się długa, a to często nie wszystko. Czy potrzebny jest np. nowy smarfton co kwartał? Co ze starym – pójdzie na sprzedaż, oddanie za darmo czy na śmieci, bo nie ma co z nim zrobić? Człowiek to przecież często nie golas, który nie ma żadnych rzeczy niezbędnych do życia (bo np. dopiero się urodził czy okradli go ze wszystkiego) i musi je sobie czem prędzej kupić, bo inaczej zginie.

Do tego może przecież być tak, że coś posiadanego nadal jest niezawodne, spełnia swoje zadanie i cieszy. Czy trzeba więc koniecznie to zmieniać na nowe? A jeśli już to czy jest równie godny lub lepszy następca w wymienionych cechach? One łączą się ze sobą – rzecz cieszy właśnie, gdy działa niezawodnie, ale może wnerwić, gdy przestanie i będzie droga czy wręcz nieopłacalna w naprawie, o co łatwo w dobie dzisiejszych jednorazówek. Starsze rzeczy oczywiście też się psują, ale potrafią rzadziej i być tańsze w naprawie, bo są w obiegu dłużej niż nowe i dzięki temu dużo lepiej poznane.

O związku słów kilka

Związek człowieka z człowiekiem to jeden z chodliwych tematów, od zawsze na czasie i regularnie wraca jak bumerang. Dziś swoją refleksyjną cegiełkę do niego wniosę i ja.

Formalny, nieformalny, partnerski, małżeński czy jeszcze inny – związek potrafi być przeróżny, jeden drugiemu nierówny. Człowiek potrafi jednak mieć duże parcie na niego, tworzyć go za wszelką cenę, ale niekoniecznie słusznie – w niewłaściwej relacji okaz przynajmniej niezłego zdrowia potrafi skończyć jako wrak psychiczny lub fizyczny.

Warto więc najpierw odpowiedzieć sobie na podstawowe pytanie: po co mi tak naprawdę związek? Przykłady odpowiedzi:
1. żeby mieć kogokolwiek, bo każdy związek jest lepszy niż samotność
2. żeby zagłuszyć jakąś wewnętrzną pustkę
3. żeby poprawić sobie samoocenę
4. żeby stworzyć z kimś coś wartościowego. Jeśli tak to co konkretnie?
5. żeby doświadczać bliskości psychicznej i/lub fizycznej.

Jeśli brak jest dosyć sensownych powodów, lepiej już być samemu, nie mylić z totalnym opuszczeniem przez wszystkich ludzi i cierpieniem przez to. Chodzi tu o świadome bycie kawalerem/panną, dziś często nazywane singlem/singielką. Tak rozumiana samotność z wyboru może wymagać więcej samopoznania niż związek na siłę, ale ono może jednocześnie pokazać człowiekowi, że sam może zdziałać w wielu sferach więcej niż z kimś.

Teraz sprawy znaczeniowe z dużą rolą dosłowności. Związek to pewna więź z drugą osobą, ale przez to może być też związaniem, pętami. Jest to więc pewne ograniczenie, które może przeszkadzać zwłaszcza ludziom lubiącym dużo swobody i niezależności – szczególnie im warto się zastanowić, czy taka relacja ma sens.

Druga połówka/połowa – tak określa się czasem współtwórcę związku. Ktoś może szukać drugiej połówki lub już ją mieć, ale przecież sam nie jest połowiczny. Jest kompletny, jest całością i nie musi dosłownie szukać brakującej części dla uzupełnienia siebie, bo czegoś mu brakuje (i być może właśnie przez to cierpi, przez taką połowiczną definicję siebie). Jeśli byłoby to cierpienie, można inaczej zdefiniować współtwórcę, np. jako osobę do robienia razem fajnych rzeczy.

W kontekście związku pojawia się czasem pytanie „czego pragną kobiety/mężczyźni?”. Jest postawione źle, bo odpowiedź na nie dotyczy stanowczo zbyt dużej ilości ludzi. Jeśli spytać by całą męską czy żeńską płeć na Ziemi o jej pragnienia, powstałby całkowicie niespójny ich obraz, bo różni ludzie pragnęliby zbyt różnych rzeczy, niemożliwych do sprowadzenia do wspólnego mianownika.

Nie ma co też pytać „czego on/ona pragnie?” w sensie jak uszczęśliwiać drugą osobę zapominając o sobie. Takie postawienie sprawy to wyzbywanie się własnego szczęścia, co gorsza, na własne życzenie.

Najtrafniej postawionym pytaniem jest tu „czego pragniemy oboje?”, tzn. ja plus druga osoba. Chodzi w końcu o konkretny związek i zadbanie również o siebie.

Podstawą do związku bywa zakochanie, które internetowa wersja Słownika Języka Polskiego PWN (sjp.pwn.pl) definiuje jako „miłość do kogoś”. Z kolei „miłość” może mieć tak wiele różnych znaczeń, że warto sprecyzować ją we własnym przypadku, np. namiętność, erotyka, seks, zrównoważone uczucie, bliskość, poświęcenie, zrozumienie, sapioseksualizm, miłość platoniczna, flirt, gierki. Bez takiej precyzji łatwo o niedopasowanie z drugą osobą, bo może rozumieć to słowo zupełnie inaczej.

Zakochać się (i to bardzo mocno) można nie w kimś ogólnie jako całości, a jedynie w jego części i to nawet małej, np. części ciała czy garderoby. Taka miłość potrafi ogłupiać, wypaczać prawdziwy obraz drugiego człowieka – na podstawie jednej części czynić go idealnym w każdej, gdy takim nie jest. Niemiłe rozczarowanie pojawia się natomiast po przebudzeniu, że poza idealizowanym aspektem są też np. charakter, zachowania, przekonania, które mają pewne wady, może nawet rażące na jego tle. Dobrze jest więc dbać o zdrowe postrzeganie drugiej osoby, balans między rozsądkiem a uczuciem.

Warto też mieć trochę życia bez niej rozumiejąc to jako obustronną naturalną potrzebę (nie od razu koniec miłości), a nie tylko wszystko i wszędzie razem. Przez brak takiej swobody nawet najbardziej towarzyski i/lub uczuciowy człowiek może w końcu poczuć się osaczony czy zacząć dusić, a to nie sprzyja udanej relacji.

Związek może mieć różny staż. Jeśli w planach jest długi, warto odpowiedzieć sobie na pytanie „gdzie widzę siebie z tą osobą za 5/10/20/więcej lat?”. Ważne, czy jest jego dokładna wizja, zwłaszcza wspólnych płaszczyzn – jej brak może go znacząco skrócić. Chodzi tu zwłaszcza o romantyczny związek, częsty rodzaj. Jak długo starczy pomysłów i sił na romantyczne prezenty, kolacje, wieczory, wyjścia do kina, teatru, wyjazdy do Paryża? Jeśli to wszystko kiedyś się znudzi, co wtedy – zmiana charakteru związku czy jego koniec?

Różne są pomysły związane jakoś ze związkiem. Podzielę się jednym, na który kiedyś się natknąłem (nie jest to cytat): kobieta powinna sprawiać, żeby jej mężczyzna ciągle miał wrażenie, że nie zdobył jej ostatecznie.

Przytaczam go w celu komentarza: cały ten pomysł zdobywania kogokolwiek (płeć obojętna) nie ma większego sensu. Zdobywać to można punkty, a co to za frajda być z kimś, z kim relacja jest ciągle niepewna, bo nie został ostatecznie zdobyty? Żadna, bo taka osoba może zawsze odejść z byle powodu. Cała frajda polega natomiast na obustronnej wierności – tym, że jest bliski człowiek, który naturalnie (stabilnie, bez musu zdobywania) chce fajnego kontaktu i dostaje to samo.

Poza tym czy kobieta, która nie sprawia wrażenia wyżej będzie łatwa, a zwłaszcza od razu puszczać się z każdym? Czy będzie też omijana szerokim łukiem przez absolutnie wszystkich mężczyzn, bo nie jest trudna = atrakcyjna i nie mogą zdobywać jej jakimiś wymyślnymi sposobami? Nie lubię takiego stawiania łatwości. Za trafniejsze uważam postrzeganie kobiety jako łatwej, gdy łatwo jest mieć z nią upragniony kontakt (po prostu) i nie musi tu chodzić tylko/zwłaszcza o seks.

Przestrzeń publiczna

Przestrzeń publiczną współtworzy wiele osób. Spędza się w niej też sporo czasu, np. na codziennych dojazdach do pracy.

Problem w tym, że bywa zaniedbywana czy szpecona. Jeśli jakiś jej element niedawno odnowiono lub postawiono, może zostać zdewastowany, zaśmiecony i/lub spalony, a ten już w takim stanie może wejść w niego jeszcze bardziej.

Na przykład niech pójdzie taki przystanek autobusowy z dachem, ławką i śmietnikiem.

 

 

W stanie jak na zdjęciu spełnia swoją funkcję – zapewnia czekającym ochronę od pogody, miejsce do siedzenia i wyrzucenia ewentualnych śmieci. Do tego wygląda estetycznie, więc robi dobre wrażenie.

Zdarza się jednak tak, że nawet krótko po postawieniu go część szyb zostanie pomazana, podrapana lub wybita, część dachu oderwana, ławka uszkodzona lub oblepiona gumami do żucia, a śmietnik przewrócony, podpalony czy ukradziony. Wtedy ochrona od pogody będzie gorsza lub fikcyjna, miejsc siedzących ubędzie częściowo lub całkowicie, a śmieci pozostanie wyrzucać może tylko na ziemię.

Przystanek stanie się kolejnym bezfunkcyjnym lub mało funkcyjnym elementem przestrzeni publicznej. Będzie też psuł samopoczucie osób wkoło strasząc swoją szpetnością. Spędzanie czasu w tej przestrzeni powoduje pewne reakcje w człowieku, a taki zaniedbany obiekt zamiast pozytywnych prędzej wywoła negatywne, np. złość, niezadowolenie, myśli typu:
– ku**a, nawet nie ma gdzie usiąść/jak schronić się przed deszczem!
– w tym kraju wszystko zniszczą/pomażą/ukradną!
– ale syf!

Przestrzeń ta składa się z wielu innych obiektów, nie tylko przystanków, więc i mocno wpływa na nastrój człowieka, który w niej przebywa. Każdy zaniedbany obiekt napędza zły nastrój, a zadbany napędza dobry.

Nie będę tu omawiał wszystkich elementów tej przestrzeni. Napiszę o jeszcze jednym – budynkach, które stoją opuszczone po którymś z poprzednich ustrojów. Różna jest kwestia ich własności, więc nie zawsze można coś z nimi zrobić. Jeśli jednak jest jasna, a ich stan pozwala jeszcze na bezpieczny użytek (ewentualnie wymagają odświeżenia w rozsądnych kosztach), warto byłoby zaprząc je do jakichś celów.

Zresztą nawet fatalny stan takiego budynku nie przeszkadza – można go rozebrać (jeśli jest już częściową ruiną, będzie tym łatwiej) i utworzyć coś innego w zamian, np. boisko piłkarskie, tereny zielone, plac zabaw dla dzieci czy psów, parking.

Zadbana przestrzeń publiczna lepiej spełnia swoje funkcje i zapewnia lepsze samopoczucie niż zaniedbana. Co można zatem zrobić, żeby zapewniać jej pierwszy stan?

Przede wszystkim warto spytać, dlaczego niektórym ludziom przeszkadza zadbanie w niej. Może chodzi o takie powody:

  1. razi ich (dosłownie jak np. patrzenie w Słońce), bo zaniedbanie jest dla nich normą
  2. tę przestrzeń traktują jak niczyją, niewartą dobrego stanu i uważają, że można ją bezkarnie niszczyć
  3. są w chronicznie złym nastroju, tak że regularnie muszą się na czymś wyładować, a właśnie na tej przestrzeni mogą często robić to bezkarnie
  4. niszczenie jej traktują jak walkę z niesprawiedliwym systemem, więc jeśli coś oszpecą to zarazem go osłabią.

 

Warto też zastanowić się nad tym, jak wspierać to zadbanie. Analogicznie do punktów wyżej:

  1. tu człowiek powinien sam wypracować sobie cenienie bardziej zadbania niż zaniedbania, zobaczyć, że pierwsze nie jest jednak takie złe jak mu się zdawało. Ktoś inny może pomóc mu w tym, jeśli użyje trafionego sposobu. Nietrafiony powoduje najczęściej złą reakcję u uświadamianego, np. oskarżenie o wtrącanie się w nie swoje sprawy czy wyzwiska, która źle udziela się też uświadamiającemu
  2. przestrzeń publiczna jest przestrzenią jak najbardziej czyjąś, a konkretnie tych wszystkich ludzi, którzy z niej korzystają. Jest więc jak najbardziej warta zadbania. Dużo skuteczniej i milej jest też korzystać z niej, gdy spełnia swoje zadania niż gdy tego nie robi. Warto więc np.:

– śmieci wyrzucać do śmietnika, a nie na chodnik, jezdnię, trawę czy w krzaki. Jeśli brak go w pobliżu, donieść śmieci do najbliższego, choćby w domu

– obiekty już zaniedbane zostawić w spokoju, nie szpecić ich bardziej niż już są oszpecone

  1. znaleźć sposób wyładowywania się nieszkodliwie dla tej przestrzeni, np. na worku treningowym. Uczęszczać do miejsca, gdzie można z niego korzystać, pożyczyć od kogoś czy kupić. Takie wyżywanie się jest legalne, więc odpada tu ryzyko poniesienia jakiejkolwiek kary. W tym przykładzie wyładowywanie się jest jednak skutkiem chronicznie złego nastroju, a nie jego przyczyną, warto więc zająć się też nią
  2. walka z niesprawiedliwym systemem jest dużo bardziej trafiona w formie wspierania sprawiedliwego niż w niszczeniu tej przestrzeni. Wspierać sprawiedliwy można na różne sposoby, np.:

– dyskusjami w gronie znajomych o działaniach, żeby w kraju było lepiej. Zgodnie z powiedzeniem „świat jest mały” ktoś z nich może mieć wpływ lub znać kogoś, kto ma wpływ na jakieś sprawy ważne dla danego regionu i mógłby coś zmienić na lepsze

– promowaniem świadomości, że swoimi wyborami obywatele mają realny wpływ na władzę. Nie jest tak, że na zawsze rządzić musi tylko jakaś partia zła lub gorsza, bo nie ma żadnej alternatywy. Obywatele mogą np. stworzyć własną partię, która będzie rządzić sprawiedliwie.

Tęsknota za dzieckiem w dorosłym

Dzieciństwo bywa czasem zabawy i beztroski. W sensie wieku nie trwa jednak wiecznie i w którymś momencie jego czas przemija, przychodzi za to ten na dorosłość.

Jej synonimem jest słynna 18-stka, osiemnaste urodziny, tak mocno oczekiwane przez niektórych, bo jawią się zarazem jako synonim wielu możliwości. Wreszcie legalnie można np. kupować alkohol, papierosy, zrobić prawo jazdy czy głosować. W dorosłości dobrze byłoby też (i to jak najszybciej) znaleźć pracę, wziąć ślub i spłodzić potomstwo, żeby dzięki niemu kiedyś doczekać się wnuków.

Świeżo upieczony dorosły potrafi rzucić się w wir korzystania z dorosłości do woli. Na początku jest fajnie, zwłaszcza dzięki osiąganiu coraz to kolejnych jej celów z listy, które dają poczucie spełnienia i są miłymi nowościami. Lata jednak mijają, a dorosłość potrafi stać się zbyt uciążliwa i nieprzyjemna, np. powodować sporo zmęczenia życiem czy rozdrażnienia. Wówczas bledną te wszystkie świetlane możliwości, które miała dawać, a kryteria zawodowe i rodzinne, które udaje się spełniać nie dają już tak dużej satysfakcji.

Dlaczego?

Czego zabrakło w równaniu życia?

Mogło różnych składników, ale tu chcę skupić się na jednym – pielęgnacji dziecka w sobie bez względu na wiek. Nie w sensie dosłownym, np. zabaw z grabkami i wiaderkiem w piaskownicy w wieku 90 lat, ale przenośnym.

Ciekawość świata, radość (cieszenie się, pogoda ducha), kreatywność, swoboda (nieskrępowanie konwenansami), entuzjazm (zaangażowanie w wykonywaną czynność) – za takimi cechami potrafi tęsknić dorosły, który dziecko w sobie tłumi, ale tak naprawdę tęskni do niego. Stąd potrafi patrząc na czyjeś mówić, że jest np. słodkie czy aniołkiem.

Wejście w dorosłość nie musi jednak być równoznaczne z wyzbyciem się dziecka w sobie, żeby zrobić miejsce (odpowiednio zamiast cech wcześniejszych):
– zamknięciu na świat
– zgorzkniałości, śmiertelnej powadze, rozdrażnieniu
– schematyczności
– skrępowaniu
– wyjałowieniu.

Na człowieka z częścią takich cech można użyć określenia „zdziadziały” – dziad, którego (prawie) nic nie cieszy, za to (prawie) wszystko wnerwia. Mówiąc dosłownie nie musi być jednak dziadem podeszłym w latach, bo równie dobrze może być  w średnim wieku albo nawet nastolatkiem. Zdziadzenie nie jest zależne od wieku, a od tłumienia dziecka w sobie.

Tęsknisz czasem do własnego dzieciństwa?

Wspominasz je jako wspaniały okres w twoim życiu czy raj utracony?

Może warto więc wrócić do cech tamtego czasu i napełnić nimi swoje życie na nowo?

Jeśli nadal umiesz przywołać je w myślach, umiesz też na pewno zrobić to napełnienie. Nie stłumiłeś dziecka w sobie całkowicie. Jest ono nadal żywe na tyle, żeby być może wnieść nową lepszą jakość w twoje życie.

Na koniec krótka historia, której byłem świadkiem kilka miesięcy temu. Rozrzewniająca – to słowo najlepiej mi ją opisuje.

Otóż szedłem przejściem podziemnym (płaski wiadukt, kilkadziesiąt metrów długości) pod ruchliwą trasą, gdzie z naprzeciwka mijałem matkę z kilkuletnim dzieckiem, nie było akurat innych ludzi. Gdy byłem kilka metrów od nich, dziecko zaczęło wesoło podskakiwać (naprzód, z nogi na nogę), a po chwili matka razem z nim. Po nim – kilkuletnim – spodziewałbym się tego, ale po niej? Nie i przez to w pierwszej chwili aż oniemiałem z wrażenia, że ona – babka, z twarzy jakieś trzydzieści kilka lat – tak sobie skacze. Bardzo rzadko wcześniej widywałem takie dziecięce zabawy dorosłych. W drugiej chwili jednak, po kilkunastu krokach, pomyślałem, że po prostu zachowała dziecko w sobie na tyle, że bez krępacji umie poskakać wesoło z własnym. Nie ma więc co aż niemieć.