Category Archives: Bez kategorii

Sprawy niepoznane

W dzisiejszym tekście będą sprawy niepoznane. Tak ogólnie je nazwałem, bo temat jest bardzo szeroki, a chodzi o:
– zjawiska nadprzyrodzone, np. samo przesuwanie się przedmiotów w domu
– kryptydy, kosmitów czy inne istoty, których istnienia oficjalnie nie potwierdzono
– zdarzenia, których oficjalna wersja budzi wiele kontrowersji z jakichś przyczyn i przez to powstają ich alternatywne wersje, np. zabójstwo Johna Fitzgeralda Kennedy’ego
– alternatywne technologie, np. silniki wytwarzające więcej energii niż wymagające do działania
– tajne programy wojskowe czy inne mające wpływ na rzesze ludzi, np. trwałe smugi (chemtrails), kontrola umysłów, Nowy Porządek Świata (NWO)
– hermetyczne czy ważne decyzyjnie na świecie grupy, np. iluminaci, rząd światowy.

Takie kwestie można liczyć w setkach, jeśli nie tysiącach. Przez lata powstało mnóstwo tekstów, nagrań i filmów na ich temat, stale przybywa kolejnych. Sam trochę zajmowałem się nimi i chciałbym przekazać tu swoje obserwacje i sugestie. Być może będą pomocne komuś, kto też zechce podjąć ten temat.

Nim jednak to zrobi, słowo ostrzeżenia: rzeczy niepoznane zakładają często inny obraz świata (bywa straszny czy daje do myślenia) niż poznane (powszechnie akceptowane). Odradzam ich badanie, jeśli:
1. masz słabą psychikę, mocno się przejmujesz
2. jesteś mocno zżyty ze swym obecnym światopoglądem, niechętnie go zmieniasz i/lub jest on raczej typowy.

Badanie ich wówczas może mieć zły wpływ na ciebie, wprowadzić zbyt dużą nierównowagę – zburzyć światopogląd i/lub rozstroić psychicznie, a nawet spowodować szok. Bo zwłaszcza wywoła w tobie pytania „jak to?” – przecież przez lata byłeś przyzwyczajony do czegoś innego, a tu nagle okazuje się, że może być całkiem inaczej tym bardziej, że wiele spraw niepoznanych łączy się ze sobą. Dlatego zgłębianie ich sugeruję tylko, jeśli masz dosyć mocną psychikę i jesteś otwarty także na nietypowy obraz świata, którego dotąd być może nie znałeś. Mając wątpliwości „zgłębić to czy nie?” zdaj się na to, co pomaga ci je rozwiać, np. przeczcie – ono może często pomóc. Tyle słowem ostrzeżenia, czas na temat właściwy.

O kwestiach niepoznanych jest mnóstwo informacji i ważne jest odróżnianie rzetelnych od fałszywych. Oczywiście nie zawsze da się to zrobić, ale pomóc w tym może:
1. odpowiedzenie sobie na pytanie „czy to źródło zawiera dane, których szukam?”
2. odporność na celową grę na emocjach odbiorcy, w czym niektórzy się lubują. Zdrowo założyć, że informacje z nią są raczej fałszywe. Dotyczy to zwłaszcza szerzenia strachu i paniki. Szerzono je co najmniej 10 razy za mojego życia, kiedy to miał być koniec świata, jednak ten się nie skończył i trwa nadal.

Tę grę można poznać po wielkich literach, wykrzyknikach i/lub wielu mocnych słowach w tytule i treści źródła. Przykładem może być tytuł filmu na Youtube „AKTYWISTA NIE ŻYJE NOWY PORZĄDEK ŚWIATA ZAGŁADA!!!” – mało konkretów, mnóstwo krzyku i katastrofizmu, do tego brak przecinków. W przypadku dużej długości źródła warto przejrzeć je przed poznaniem całości, to wiele ujawni o nim.

Najczęściej to media alternatywne i źródła paranaukowe lub amatorskie podejmują rzeczy niepoznane – bywa, że szczegółowo i rzetelnie. W mediach głównego nurtu i oficjalnej nauce często jest mało lub nic na ich temat. Jeśli już coś będzie to często sugestie, że są mało możliwe, niemożliwe lub teoriami spiskowymi (do tego stwierdzenia jeszcze wrócę).

Główne media mają pewne bezpieczne tematy, poza które raczej nie powinny wykraczać. Nauka w sumie też, ale przede wszystkim w swej obecnej formie nie jest w stanie poznać wszystkiego. Problem w tym, że jeśli naukowcy nie orzekną istnienia czegoś, dla pozostałych wielu ludzi nie będzie to istnieć. Nauka jest ważnym źródłem poznania świata i musi najpierw wyjaśnić i udowodnić daną kwestię, aby powszechnie uznano jej prawdziwość.

Każdy jednak, kto chce poznać daną sprawę niepoznaną, może poznać ją na swój sposób i niezależnie od nauki. Wyrobi sobie własną teorię i nie musi do niej nikogo przekonywać, a zwłaszcza sceptyków. Nie jest tak, że ich czy kogokolwiek innego trzeba przekonywać na siłę. Są ludzie, którzy po prostu nie uwierzą w prawdziwość czegoś nawet mimo mnóstwa doniesień o tym czy niezbitych dowodów na to. Kto będzie chciał uwierzyć, uwierzy, a kto nie to nie. Każdy może wierzyć w to, w co chce wierzyć.

Ignorowanie, ośmieszanie, zarzucanie choroby psychicznej, nękanie, groźby, ataki bronią energetyczną – to częste metody wobec sygnalistów (zwracających uwagę na jakąś kwestię niepoznaną i czasem mających dostęp do tajnych informacji), które mają ich powstrzymać. Jeśli zawiodą, dochodzi nawet do ich zniknięcia w tajemniczych okolicznościach (ciało nie zostaje znalezione) lub śmierci. Przy śmierci często brak śledztwa, a jeśli już jakieś jest to nierzetelne i jako oficjalny powód podaje się samobójstwo, nieszczęśliwy wypadek (oba w absurdalny sposób) lub choroby, których ofiara nie miała. Jednocześnie żaden sprawca nie zostaje złapany i skazany.

Wspomniałem wcześniej o teorii spiskowej. Otóż tak może nazywać prawdę ktoś (zwłaszcza znany i wpływowy), dla kogo jest ona szczególnie niewygodna, komu jej ujawnienie szczególnie zaszkodziłoby. Lansowaniem tego negatywnego stwierdzenia próbuje ją zdyskredytować lub przedstawić jako nieważną, żeby zniechęcić każdego do jej odkrycia. A jeśli nie zniechęci dosyć wcześnie i ktoś pójdzie za daleko, może zlecić jego zabicie. Dlatego często najbardziej narażeni są właśnie sygnaliści, którzy jako pierwsi docierają do prawdy o rzeczy niepoznanej i zwracają uwagę opinii publicznej na nią, tylko że ta mało co z tym robi. Tak ich wysiłek (a czasem nawet życie) idzie na marne.

Nie miej jednak wrażenia, że:
1. tak jak oni znajdziesz się na celowniku, jeśli choćby ośmielisz się badać sprawy niepoznane, rozpowszechniać informacje o nich czy tym bardziej sam chronić się przed nimi
2. musisz sam zmobilizować cały świat do walki (nawet na śmierć i życie) z szaleńcami, którzy bezkarnie i skrycie, ale skutecznie źle oddziałują na niego tymi kwestiami. Inaczej czeka nas wszystkich zagłada.

A co zrobić, żeby wkład sygnalistów nie poszedł na marne? Przede wszystkim samemu właściwie używaj informacji, które odkryli. Jeśli nie godzisz się na daną rzecz niepoznaną, dbaj najbardziej o siebie – daj sobie prawo do tego, bez groźby żadnych negatywnych skutków i musu angażu całej Ziemi do walki jak wyżej. Już działających tak solo osób na tym świecie może być dużo więcej niż sądzisz, tylko po prostu nie wiesz o nich i stąd czujesz się nieswojo.

Nie musisz działać tylko w jakiejś grupie, którą może być trudno znaleźć lub stworzyć. Jak to z inicjatywami grupowymi bywa, np. ktoś spyta na spotkaniu 10 znajomych, ile osób byłoby chętnych na wycieczkę do Zakopanego za 2 tygodnie. O, super! Każdy zapali się do tego pomysłu i wstępnie zadeklaruje się min. 8 osób, a z czasem większość zgaśnie i ostatecznie pojadą najwyżej 3.

Inny przykład: od kilku lat regularnie widzisz trwałe smugi (ta sprawa niepoznana będzie też w kolejnych przykładach) nad swoją okolicą, a znasz ich szkodliwość i chcesz mieć ochronę. Co robić? Pierwszy pomysł, który ci przyszedł to dołączyć do grupy chcącej je powstrzymać na tym obszarze. Znajdujesz taką i okazuje się, że działa już od 5 lat. Długo, myślisz, ale po skutkach na niebie dochodzisz do wniosku, że jest mało skuteczna i nie tego szukasz. Drugi pomysł to samemu stworzyć grupę „Stop chemtrails”, ale zaraz pojawiają się liczne pytania:
– gdzie znaleźć chętnych do niej?
– jak działać w niej, aby była skuteczna?
– czy w ogóle ma szansę skuteczności, skoro tamta działa 5 lat i niewiele zdziałała?

Ten pomysł też zarzucasz i przechodzisz do trzeciego – chronić się samemu. Odpychałeś go, ale postanawiasz spróbować. Sprawdzasz, co zabezpiecza przed trwałymi smugami – znajdujesz m.in. odtruwające rośliny, energię orgonu: amulet i działo (chembuster). Postanawiasz włączyć rośliny do diety i zamówić amulet, bo działo jest za duże, nie miałbyś gdzie go ustawić. Efekt jest taki, że już po miesiącu czujesz się jakoś sporo lepiej i że naprawdę masz ochronę przed chemtrails. Masz, co chciałeś i jesteś kontent.

Pewne rzeczy lepiej robić w grupie, zresztą stąd powiedzenia „w grupie raźniej” i „w grupie siła”. Inne jednak lepiej robić solo, w tym niektóre sprawy niepoznane, tym bardziej, że często uchodzą za niejasne, dziwne czy wstydliwe. W ogóle rozmawiać o nich (a tym bardziej działać) warto tylko z ludźmi uznającymi je, a to najlepiej sprawdzić samemu rzucając temat (dyskretnie, bez ujawniania, że ty go uznajesz) i obserwując reakcję rozmówcy.

Przykład: będąc ze znajomym na zewnątrz widzisz „chemolot” i mówisz: „O, samolot zostawia smugę. Podobno niektóre smugi zawierają toksyczne substancje, które spadają na ziemię i szkodzą ludziom”. Jeśli znajomy odpowie, że to bzdura czy coś podobnego, nie uznaje takiej teorii. Jeśli sam pociągnie temat, np. spyta, gdzie to słyszałeś, może temat trochę go interesuje, ale nie jest pewien, czy to prawda. Może też od razu zgodzić się z tobą. Jego reakcje mogą być różne, a ku większej jasności możesz też sam dyskretnie podrążyć temat. Ważne, żebyś uszanował zdanie znajomego i nie nawracał go na siłę na swoje poglądy.

I ostatnia sprawa: rozsądna prywatność i poufność komunikacji. Rozmawiając z kimś zastanów się, czy aby na pewno musisz przekazywać pewne informacje przez komputer, telefon czy w miejscu publicznym. Korespondencja przechodzi przez pośredników (np. dostawcę e-poczty), te urządzenia można podsłuchać, ciebie publicznie też. Dużo lepiej przekazać pewne treści osobiście w miejscu, gdzie „ściany nie mają uszu”. Jednak bez paranoi: wspomniawszy znajomemu o trwałych smugach w knajpie, co usłyszy przechodząca kelnerka, niekoniecznie zostaniesz ofiarą gróźb już do końca życia, bo doniesie na ciebie.

Reklamy

11 Listopada

Dziś co nieco o polskim Święcie Niepodległości. Na początek chcę rozróżnić dwa pojęcia, które bywają mylone (na podstawie internetowego Słownika Języka Polskiego PWN – sjp.pwn.pl):
1. Państwo – zorganizowana politycznie społeczność zamieszkująca określone terytorium, mająca swój rząd i swoje prawa
2. Naród – ogół mieszkańców pewnego terytorium mówiących jednym językiem, związanych wspólną przeszłością oraz kulturą, mających wspólne interesy polityczne i gospodarcze.

W 1795 r. poprzez trzeci rozbiór Polska znikła jako państwo (kraj) do 1918 r., ale jako naród istniała cały ten czas, niezależnie od okupacji. Naród istnieje, dopóki żyje ostatni Polak, niezależnie od istnienia państwa.

Dziś 11 listopada 2017 r. kolejna rocznica odzyskania przez Polskę niepodległości. To już 99 lat. Obchody tego święta mają miejsce w całym kraju, a jednym z nich jest wywieszenie flagi za oknem czy na balkonie swojego domu. Wciąż jednak zauważyć można mało flag. Dlaczego?

Może wielu Polaków:

  1. uważa, że można świętować ten dzień i bez tego, że ważniejsze to co w sercu niż symbole zewnętrzne
  2. nie wie, co dokładnie wtedy świętować
  3. jest zbyt niezadowolonych ze swojego państwa, żeby celebrować jego niepodległość. Nawet sam Józef Piłsudski rzekł ongiś dwie ciekawe rzeczy:
    a. Choć nieraz mówię o durnej Polsce, wymyślam na Polskę i Polaków, to przecież tylko Polsce służę
    b. Polska, sami Polacy to twierdzili, nierządem stoi. Polska to jest prywata, Polska to jest zła wola. Polska to jest anarchia. I jeśliśmy po upadku mieli sympatię dla siebie, to nigdy nie mieliśmy szacunku dla siebie. Nie zaufanie, a niepewność wzbudzaliśmy i stąd chęć narzucania nam opiekunów, wyznaczonych dla narodu anarchii, niemocy, swawoli, dla narodu, który się do upadku doprowadził prywatą, nieznoszącą żadnej władzy
  4. nie wyobraża sobie stabilnego życia we własnym wolnym kraju, nie jest dosyć przyzwyczajonych do tego. Stąd też boi się jakoś szczególnie okazywać jego niezależność, bo to w końcu mogłoby rozdrażnić jakieś inne państwo na tyle, że postanowiłoby rozpocząć okupację Polski lub wznowić ją po latach, bo kiedyś już tu było. To może być wpływ historii, a spojrzawszy pod pewnym kątem można powiedzieć, że od rozbiorów Polska jest prawie ciągle pod jakąś okupacją. Nie zawsze zbrojną czy polityczną, ale jednak: zabory > pierwsza wojna światowa > dwudziestolecie międzywojenne > druga wojna światowa > PRL > III RP > Unia Europejska. Z 222 lat od 1795 r. tylko przez 36 (dwudziestolecie traktuję jako 21 lat i III RP jako 15, do czasu wstąpienia do Unii) była wolnym krajem. To może być stanowczo za krótko, żeby przywyknąć do życia w nim.

 

Piłsudski był ważnym przedstawicielem Polaków i ich wolnego kraju. W kwestii Święta Niepodległości jest często wspominaną postacią. Patrząc na jego słowa wyżej można zatem pomyśleć: kto o takiej randze jak on mówi tak o ludziach, których reprezentuje? Zakrawa to na brak szacunku do nich i ich, a zarazem własnego państwa.

Jednak jaki naród, takie państwo. Jeśli w kraju jest źle (a w każdym jest coś nie tak, nie tylko w Polsce), zmiana na lepsze zaczyna się od zmiany na lepsze w życiu pojedynczego obywatela. Dopiero tak może ona rozprzestrzenić się. Miliony ludzi nie zmieniają się jednocześnie na zawołanie, ale stopniowo i każdy w swoim tempie. Natomiast niezadowolenie ze swojego państwa tylko utrzymuje to, czego dotyczy.

Choć czasem padają stwierdzenia „cała Polska” czy „wszyscy Polacy”, kraj nie jest całkiem jednorodny pod każdym względem. Jest bardzo różnorodny – dziesiątki milionów mieszkańców, a każdy inny, np. katolicy i niekatolicy, zwolennicy aborcji i jej przeciwnicy.

Różnica nie musi jednak znaczyć, że drugiego człowieka trzeba od razu np. uważać za wroga czy obrażać. Można po prostu uznać go za różnego. Dialog często kończy się tam, gdzie zaczyna się wrogość i obrażanie, a istnieje przy wzajemnym szacunku. Drugie łączy, a nie dzieli jak pierwsze. Polacy są już tak mocno podzieleni, że nie ma sensu, żeby dzielili się jeszcze bardziej.

Jednocześnie nie w każdej kwestii muszą się zgadzać, ale warto, żeby troszczyli się o dobro wspólne, jakim jest Polska, w tym uznawali ją za własne pełnoprawne państwo. Taką też definicję mogłaby mieć polityka – troska o dobro wspólne, a nie walka o władzę, zwłaszcza bez pardonu. Przez jej obrzydzoną formę (zwłaszcza nierozwiązane spory z przeszłości i dochodzenie coraz to nowych) sporo ludzi nie angażuje się w nią, a mogłoby wiele zmienić.

Przykład ostatnich wyborów parlamentarnych z 2015 r. (dane z http://parlament2015.pkw.gov.pl/349_wyniki_sejm ): frekwencja wyniosła 50,92 %, z uprawnionych 30629150 osób głosowało 15595335. Co z pozostałymi 49,08%, dlaczego ci ludzie nie głosowali? Może właśnie dlatego, że mają już dosyć polityki w typowej formie, np. braku jednej partii naprawdę dbającej o interesy choćby większości Polaków. Zazwyczaj po każdych wyborach najwięcej zyskuje zwycięska partia, potem jej elektorat, a na końcu pozostały.

A jaka mogłaby być polityka jako troska o dobro wspólne? Przykładowo jako demokracja bezpośrednia, gdzie w referendach ludzie głosują nad projektami ustaw, które sami tworzą. Realizować je mógłby rząd wybierany na rok. Jeśli po tym czasie nie uzyskałby w krajowym referendum min. 50,1% poparcia, musiałby ustąpić z urzędu i miałyby miejsce nowe wybory. Tak więcej Polaków angażowałoby się w politykę i miało pracę przy jej obsłudze, np. liczeniu głosów.

Taka sytuacja sprzyjałaby też wyrażaniu patriotyzmu. Dziś wygląda on inaczej niż kiedyś, to pewne. Nie przyjmuje już formy tajnych kompletów, walki w partyzantce, na powstaniu czy wojnie, żeby Polska była wolna, ale jest nadal potrzebny. Jest zawsze w cenie, żeby kraj miał się dobrze. Jest też docenieniem wysiłku poprzednich pokoleń w tym celu (przykro byłoby im wstać z grobów i zobaczyć, że ich wysiłki – często wielkie – poszły na marne) i powodem do dumy. Nie jest natomiast powodem do wstydu czy synonimem daremnego/bezsensownego cierpienia lub śmierci za sprawę przegraną.

A gdyby tak śmierć była radosna?

Wszystkich Świętych i Dzień Zaduszny to w Polsce czas tradycyjnych wizyt na grobach. Ludzie jadą czasem na drugi koniec kraju, żeby odwiedzić mogiły zmarłych z rodziny, przyjaciół czy znajomych. Część niestety zginie na drogach zwiększając statystyki akcji Znicz, bo mimo rokrocznych apeli policji o bezpieczną jazdę sami przesadzą z ryzykiem lub zrobi to ktoś inny na ich szkodę.

W mediach wspomina się znanych ludzi, którzy odeszli w minionym roku. Za życia niektórzy z nich niedoceniani, wyśmiewani lub krytykowani standardowo dopiero po śmierci zostaną docenieni. Znów będzie za późno na „śpieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą”. I chociaż katolicyzm głosi możliwość pójścia po niej do nieba, miejsca szczęścia, wiele osób zdaje się nastawiać bardziej na gorszy czyściec lub dużo gorsze piekło. Jeszcze inne uważają śmierć za koniec życia człowieka w ogóle. Zmarł – zostają po nim tylko szczątki i często uciążliwe sprawy ziemskie, które jacyś śmiertelnicy muszą załatwić.

Na cmentarzach tłumy ludzi i ich samochodów na parkingach. Do tego pogoda listopada, tj. często pochmurno, wietrznie, zimno, deszcz, nawet śnieg, bezlistne drzewa, krótki dzień (mniej światła), i narzekanie na nią. Zimno, a więc sezon grzewczy i związane z nim zanieczyszczenia, na pewnych obszarach duże. Przez to wszystko razem śmierć staje się bardzo nieprzyjemna, a zwłaszcza przygnębiająca.

A gdyby tak była radosna? W te dwa dni, kiedy ma ona szczególne znaczenie nigdy nie lubiłem masowej grobowej (dosłownie i w przenośni) atmosfery. Nielubienie osiągnęło apogeum w tym roku i przez to postanowiłem zrobić coś inaczej. A konkretnie napisać ten tekst z innym spojrzeniem na śmierć.

Póki co czeka ona każdego, o ile wcześniej ktoś nie wynajdzie sposobu na nieśmiertelność. Ważne jest więc jej postrzeganie, a może nastrajać optymistyczniej niż sposoby opisane wcześniej. Można uważać ją za zmianę formy istnienia – ciało fizyczne umiera, a dusza żyje dalej, a to może robić w wielu fajnych miejscach. Jakich? To już podpada pod wyobraźnię każdego, kto zechce zająć się tym tematem.

Ale nim śmierć to wcześniej życie, a w nim liczy się nie tylko długość, ale i jakość. Uważam, że lepiej żyć krótko i dobrze niż długo i źle. Są ludzie długowieczni, w tym mający ponad 100 lat, ale w dzisiejszych czasach kojarzenie, zdrowie i szczęście w takim wieku nadal jest rzadkością. Niestety. Dużo częstsze są natomiast przytępienie umysłu, liczne choroby i malkontenctwo. Razem utrudniają i uprzykrzają życie człowiekowi, a śmierć może ulżyć mu w cierpieniu. Chyba że woli cierpieć, bo i tak być może.

Trudno zaprzeczyć, że strata bliskich ludzi (czymkolwiek spowodowana) często boli i opłakuje się ją. Co jednak można zdziałać opłakiwaniem ich aż do własnej śmierci? Czy tak przywróci się im życie? Nie, dlatego lepiej cieszyć się własnym, dopóki trwa i obcować z innymi żywymi, dopóki są.

A ci już zmarli mogli odejść dekady temu lub mniej niż miesiąc, jednak wrażenie odstępu czasowego od tamtych wydarzeń potrafi pozostawać takie samo – jakby to było wczoraj. Być może mieli jeszcze tyle planów, lecz nie zdążyli ich zrealizować. W tym wreszcie spotkać się z tobą gdzieś na spokojnie, siąść, porozmawiać – ciągle nie było na to czasu, aż ten skończył się całkiem. Znów będzie za późno na „śpieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą”. Choć autor tych słów też odszedł, można traktować je jako ponadczasowe.

Pogrzeby i wizyty na grobach nie są dla zmarłych. Są tak naprawdę dla żywych. Los ciała zmarłych po ich śmierci może ich już w ogóle nie obchodzić. Może ich w ogóle nie obchodzić, czy na ich grobie ktoś posprząta, zapali znicze czy położy kwiaty. Mogą też patrząc znad niego śmiać się „I po co wy, głuptasy, tak się smucicie? Nie wiecie, jak jest tutaj, ale kiedyś też się przekonacie”. Po prostu zajmują się zupełnie innymi sprawami, o których śmiertelnicy jeszcze nie mają pojęcia.

A jeśli twoi zmarli chcieliby ci coś przekazać, co to byłoby? A zwłaszcza co odpowiedzieli na to pytanie: czy po ich śmierci masz się cieszyć, czy smucić?

Rapowy przepis na udane życie

Może się wydawać, że rap to muzyka tylko o paleniu, piciu, ćpaniu, ulicy, przestępczości, złej policji, złym rządzie czy ciężkim życiu bez perspektyw.

Niekoniecznie. Jak rap długi i szeroki, można w nim znaleźć i inne tematy, np.:

 

Bo najważniejsze chęć istnienia 
Spokojne dni i spełnione marzenia 
Nic ważniejszego niż to 
By budząc się mieć poczucie, że realizujesz to co chcesz 
Tylko tyle

 

To fragment zwrotki Eldo (Grammatik) z „Marzeń” wykonywanych wspólnie z Fenomenem. Choć utwór pochodzi z 2001 r., a obie grupy już nie istnieją, te słowa uważam za ponadczasowy i prosty przepis na udane życie.

Kolorowe szare życie

Są różne kolory, np. niebieski, zielony, żółty, pomarańczowy, czerwony, różowy, brązowy. Razem z ich odcieniami (i to nie tylko jasnym czy ciemnym, ale też wieloma „specjalistycznymi”, których nie podejmuję się tu nazywać) można mówić o dziesiątkach, jeśli nie setkach barw.

Jeden stał się jednak tak powszechny, zrobił tak zawrotną karierę, że aż stał się synonimem nudy, nijakości i/lub przeciętności – szary. Szare są często jezdnie, chodniki, słupy energetyczne, samochody, ich felgi, budynki, podjazdy i… papier toaletowy. Czy to przypadek, że właśnie do ostatniej pozycji porównuje się nędzne życie (długie, szare i do dupy)?

Oczywiście to porównanie nie świadczy musowo o nędzy życia, jednak ostatnio zastanowiło mnie, co takiego ludzie widzą w szarości. Że jest praktyczna, stonowana i/lub pasuje do wszystkiego? Może i tak, ale warto sięgać więcej też po inne kolory. Sprawdzają się w wielu zastosowaniach, a do tego czynią życie barwniejszym – dosłownie i w przenośni.

Pokażę to na przykładach domów wolnostojących na zrzutach ekranów z Map Google. Jeżdżę czasem na wycieczki, a od kilku miesięcy zwracam też większą uwagę na kolory mijanych domostw. Zaczęły mnie ciekawić.

Szarość widzę, szarość… elewacja tego konkretnego domu wykazuje akurat związek zgody z barwą płotu. Tak udało im się dobrać.

Ten dom na dwóch zdjęciach, żeby lepiej było widać jego szczegóły. Tutaj miła odmiana – ciemnobrązowa elewacja, trochę jaśniejsze ramy okien z okiennicami i drzwi z futryną (od strony kwiatów), a do tego biało-zielone malunki. Znalazło się też miejsce na szarość na dachu i bocznej ścianie, ale nie jest ona dominantą.

Dom jest miejscem, gdzie człowiek spędza zazwyczaj dużo czasu, a przez to i barwy pierwszego (obok innych czynników wpływających na jego odbiór, np. jego stanu, roślinności wkoło lub jej braku) mogą mieć duży wpływ na samopoczucie drugiego. Warto zadbać o kolory pozwalające czuć się dobrze i to nie tylko na domu, ale też w innych częściach życia, np. na ubraniach, butach, samochodzie, biżuterii.

Ech, ta dzisiejsza młodzież

Czasy się zmieniają, a wraz z nimi pokolenia i ich typowe wzorce. Niezmiennym jednak bywa to, że starsze pokolenie potrafi narzekać na dzieci czy młodzież, np. że tylko by się bawiła, grillowała, imprezowała, piła, paliła, ćpała, grała w gry wideo, siedziała w Internecie czy domu, jest wulgarna i chamska.

Czasem doda stwierdzenie, że za jego czasów było zupełnie inaczej (w domyśle lepiej), np. że dzieci nie dało się zagnać do domu, a dziś nie można ich z niego wygnać.

Rzadko pokaże alternatywy, które uważa za ciekawe, konstruktywne i/lub popularne w czasach swojej młodości, np. dawną muzykę, film, literaturę, zachęci do czynnego wypoczynku (piłki nożnej, koszykówki, siatkówki, spacerów, biegania, pływania, jazdy na rowerze, tenisa, bilarda, kręgli).

Takie narzekania same w sobie nie zmienią jednak młodych ludzi. Co najwyżej sprawią, że ci nabiorą niechęci do narzekaczy i/lub starszego pokolenia w ogóle, być może jeszcze większej niż dotąd.

Do zmiany może przyczynić się natomiast pokazanie czegoś własnym przykładem. Masz choćby niezły kontakt z dziatwą/młodzieżą, a nie podoba ci się jej sposób bycia pod jakimś względem? To pokaż jej coś, co sprawdza się dla ciebie czy zainspiruj do czegoś, zwłaszcza jeśli sam masz dzieci lub wnuki. Być może po latach podziękują ci za to.

W tym przykładzie nie chodzi o bycie wywyższającym się i moralizującym mędrcem, który przybędzie w chwale udzielać długie wykłady o tym, jak żyć i to tłumom. Chodzi raczej o podzielenie się jako zwykły człowiek czymś interesującym, pożytecznym i/lub wartościowym z jednostkami, które są otwarte na to.

Czasy nie są takie, że wszyscy młodzi muszą powielać stereotypowe wzorce jak wyżej, na które się narzeka. Być może niektórym też nie podoba się ich część i szukają alternatywy, ale nie wiedzą, gdzie ją znaleźć. Właśnie tutaj ważna jest rola starszego pokolenia, które może ją pokazać i to z prostej przyczyny: jest „większe wiekiem” i przez to więcej widziało w życiu, w tym pewne wzorce, które niegdyś były na fali, a dziś są nieznane. Młode pokolenie nie miało aż takich szans ich poznać, bo wielu jego członków nie było wtedy na świecie lub było zbyt małych, chyba że któryś zrobił to na własną rękę.

Poza tym są wakacje, czas ciepły i wolny od nauki dla większości dziatwy i młodzieży – kiedy jeśli zwłaszcza nie teraz zachęcać ją do aktywności innych niż powodujące narzekania? Wraz z powrotem roku szkolnego czy akademickiego będzie jej trudniej o te czynności.