Chłopi i mieszczanie

Między wsią i miastem jest sporo różnic, które potrafią powodować wzajemne złe postrzeganie obu środowisk. Takimi przykładami pod adresem pierwszego są:
– o mieszkańcach wsi czy ludziach pochodzących z niej: wsiok, wsiur, burak, cebulak, czereśniak, czasem też wieśniak. Swoją drogą to czym zawiniły burak, cebula czy czereśnia, że człowiek stworzył negatywne znaczenie wyżej właśnie na ich podstawie? Dlaczego nie inne rośliny?
– zadupie, dziura, pipidówa, tam, gdzie wrony zawracają
– słoma komuś z butów wystaje
– chłop ze wsi wyjdzie, ale wieś z chłopa nigdy
– wieś tańczy i śpiewa
– ale wiocha
– wiejski tuning
– Wieśwagen.

Natomiast wobec drugiego:
– o mieszkańcach miasta czy ludziach pochodzących z niego: miastowy, mieszczuch
– miejska/betonowa dżungla
– jestem z miasta, to widać, słychać i czuć.

Po ilości przykładów wyżej widać, że bardziej dostaje się wsi niż miastu. W ogóle samo słowo „wieś” bywa od razu synonimem brudu, smrodu, ubóstwa, chamstwa, zacofania, zabobonu, wstydu i ostatniego miejsca do urodzenia się lub mieszkania tak jakby „miasto” (zwłaszcza duże) było zawsze synonimem czystości, ładnego zapachu, bogactwa, kultury, postępu, dojrzałej duchowości, a do tego większej renomy i prestiżu niż wieś.

Nie chodzi mi jednak o to, któremu środowisku dostaje się bardziej od drugiego, bo taka rywalizacja jest bez sensu i tylko utrzymuje złe stosunki między nimi oboma. Lepiej za to odświeżyć sobie ogólnie (nie konkretnie, bo wieś wsi nierówna, tak samo miasto miastu), dlaczego mają one dziś akurat taką, a nie inną tożsamość (co wpływało na nią) i bardziej tym chcę się zająć w tym tekście. Archaicznych określeń „chłop”, i „mieszczanin” używam celowo i w znaczeniu neutralnym odpowiednio jako mieszkaniec wsi i miasta.

Przez długi czas wiejskie życie toczyło się zgodnie z rytmem pór roku, bo to mocno od nich zależało wykonywanie potrzebnych prac w rolnictwie – specjalizacji wsi. Chłopi znali się na hodowli różnych roślin i zwierząt, na czym korzystali sami, ale korzystali na tym też mieszczanie, bo dostawali np. produkty zbożowe, nabiał, mięso, do których pozyskania często nie mieli właściwych warunków u siebie.

Uprawa roli nie jest jednak zajęciem czystym i pachnącym. Brudzi i śmierdzi chociażby obornik, który przez wiele lat trzymano luzem, na otwartym powietrzu. Możliwe, że taki sposób składowania go stał się główną przyczyną do kojarzenia wsi ze wspomnianym wcześniej brudem i smrodem.

Rolnictwo nie zawsze było zajęciem tak dochodowym jak przemysł i usługi – specjalizacje miasta, które zapewniały mu zarazem dostęp do wielu produktów, usług, informacji czy sposobów spędzania czasu wolnego. To ono miało też lepiej rozwinięte niż wieś zaplecze urzędów, szkolnictwa, służby zdrowia czy innych miejsc wymagających odwiedzin co jakiś czas.

Chłopi byli więc nie tylko biedniejsi, ale i potrzebowali jeździć do miasta w różnych sprawach, których nie mogli załatwić ich u siebie. Żyli jednocześnie spokojniej niż mieszczanie, bo mieli gorszy dostęp do zdobyczy techniki, informacji i rozrywek, z których korzystanie zabiera czas.

Zaryzykuję stwierdzenie, że przez ten dostęp chcieli w ogóle jakoś spełniać daną funkcję, która ułatwi im życie, np. mieć jakikolwiek samochód, który dowiezie ich do celu. Choćby leciwego Volkswagena, wspomnianego wcześniej jako Wieśwagen, a nazwa ta zapewne stąd, że to jedna z marek, która na wsi znalazła szczególne wzięcie. Z kolei mieszczanin taką funkcję zechce spełniać często w bardziej konkretny sposób, bardziej świadomie. Idąc przykładem auta zostawi to „dla ludu” i kupi jak najmłodszego Chryslera. To marka mniej popularna w Polsce niż Volkswagen, dzięki której będzie mógł bardziej pokazać się innym, napędzając tym samym bardziej obecny w mieście niż na wsi wyścig szczurów.

Ona miewa inne obyczaje niż ono, luźniejsze, że tak powiem. Przykład: na niej widok kogoś w roboczych ciuchach i kaloszach na starym składaku, kto jedzie do sklepu spożywczo-przemysłowego raczej nie wzbudziłby szczególnych emocji. Ten sam człowiek jadący do dużej galerii handlowej w mieście przykułby już większą uwagę, np. wywołałby zdziwienie czy nawet sensację, bo takie miejsca odwiedzają często ludzie ubrani zgoła inaczej, przybywają też innymi pojazdami.

Miasto jest bardziej obecne w mediach niż wieś. To w nim toczy się akcja wielu filmów i seriali, mieszczą się studia teleturniejów, zapadają różne decyzje ważne dla kraju, powstają relacje z imprez masowych lub uroczystych gal. Wieś natomiast nie ma często zaplecza i rangi do pełnienia takich funkcji.

Miasto rozbudowuje się mieszkaniowo, usługowo i przemysłowo bardziej niż wieś rolniczo. Rolnictwo nie zawsze ma dziś kontynuację, bo nie jest dosyć opłacalne lub nie ma chętnych na nie – młode pokolenie wyjeżdża do miasta lub za granicę (tam widzi siebie bardziej), a stare ma już za słabe zdrowie i coraz bardziej wymiera. Jeśli wieś leży na obrzeżach miasta, potrafi zostać wchłonięta administracyjnie przez nie, a sytuacja odwrotna nie ma miejsca. Na wieś sprowadza się zarazem pewna ilość mieszczan (pragną np. więcej spokoju i przestrzeni), którzy zachowują jednak swój miejski tryb życia i nie przechodzą na rolniczy. Skutkiem tego wszystkiego na wsi można dziś znaleźć np. sporo budynków, które niegdyś służyły rolnictwu, a dziś stoją puste i niszczeją.

Biorąc to wszystko pod uwagę warto zastanowić się, czy jest sens źle postrzegać wieś lub miasto, czy też jedno jako gorsze, a drugie jako lepsze. Oba środowiska są po prostu inne, ale dopełniają się i w tej współpracy tkwi ich siła, na niej wychodzą dużo lepiej niż na wzajemnym dokopywaniu sobie. Przykładowo na wsi ktoś przygotuje surowce, z których jakaś miejska piekarnia zrobi pieczywo. Z kolei chłop będzie mógł kupić w mieście jakiś sprzęt RTV lub AGD, którego nie dostałby u siebie.

Walentynki – potrzeba czy mus?

Dziś 11 lutego 2017 r. Zbliżają się więc Walentynki – dzień, który i w tym roku będzie obchodzić zapewne miliony ludzi i to nie tylko w Polsce, ale i wielu innych krajach.

Może go nie obchodzisz, bo np. nie uznajesz go, nie lubisz całej tej otoczki wokół niego czy sztucznego romantyzmu na siłę, zwłaszcza tylko w jeden dzień na cały rok.

A może obchodzisz Dzień Zakochanych. Wówczas warto spytać siebie o powody – dlaczego to robisz?

Z potrzeby serca?

Z musu społecznego, konsumpcyjnego czy jakiegoś innego?

Żeby zrekompensować komuś, kogo kochasz pozostałe 364 dni w roku, kiedy miłość nie obowiązuje z jakichś przyczyn?

Odpowiedzi potrafią podnieść jakość przeżywania 14 lutego, uczynić je bardziej świadomym.

Co robić ze smogiem?

To zjawisko istnieje w Polsce od wielu lat, ale dopiero od kilku ostatnich mówi się o nim szerzej. Smog, bo o nim mowa, nasila się w kraju w zimnej porze roku, kiedy trwa sezon grzewczy. Nie będę tu rozwlekał się o nim samym jako problemie (chyba dostatecznie dużo osób jest go świadomych), natomiast położę nacisk na jego możliwe rozwiązania – tu ze świadomością bywa już gorzej.

Jeśli powietrze w twoim mieście jest zbyt brudne, a chcesz pozostać zdrowy na lata, nic prostszego – przeprowadź się na wieś, tam jest dużo czystsze. Tak mogłoby się wydawać, ale w praktyce może być całkiem inaczej.

Dobrze pokazuje to ten filmik – https://www.youtube.com/watch?v=N3OP8Am-9oQ . Jakość powietrza zmierzono za pomocą maski chirurgicznej i odkurzacza na warszawskim Bemowie i wsi pod Piasecznem. Pomiar to więc amatorski, ale zaskakujący wynikami – lepsze powietrze było w Warszawie. Każdy zainteresowany, kto ma dostęp do obu „rekwizytów” wyżej może zrobić taki test sam u siebie i przekonać się, czym oddycha.

A co zrobić, żeby powietrze wkoło było czystsze? Najlepiej byłoby usunąć przyczyny czyli zaprzestać wszelkich działań, które je zanieczyszczają. Rozwiązanie najprostsze.

Wielu uznałoby je też pewnie za radykalne i nie do pomyślenia, bo pozbawiłoby ich ono udogodnień życiowych, które uznają za normę, np. jazdy samochodem, ogrzewania domu. Mało kto chciałby z nich rezygnować, bo ciężko śmigać pieszo tysiące kilometrów czy mieszkać zimą prawie jak w igloo. Poza tym nadal brak sensownych, konkurencyjnych dostępnością czy ceną alternatyw dla poczciwych silników spalinowych czy węgla.

Są jednak rozwiązania bardziej do przyjęcia i zajmę się tu właśnie „dymnym” grzaniem domu. Często w Polsce nadal opala się go węglem lub drewnem, ale niestety zdarza się też śmieciami. Ostatni materiał w domowym piecu jest jednak bardzo szkodliwy, ma niższą wydajność termiczną niż dwa pierwsze, szkodzi instalacji grzewczej i grozi mandatem. Ciepła zapewni mało, za to dużo szkody dla zdrowia i potencjalnych wydatków. Więcej informacji tutaj: http://www.niepalsmieci.pl/

Ważne jest nie tylko czym, ale i jak człowiek pali. http://czysteogrzewanie.pl/jak-palic – z kolei ta strona mówi, jak czysto robić to z węglem i drewnem, bo te dwa paliwa nie muszą kopcić. Strona „Czyste Ogrzewanie” zawiera poza tym dużo innych informacji na jej tytułowy temat.

Warto pamiętać, że to, co wychodzi z komina jednego człowieka może wdychać kilku innych (w tym jego rodzina), jeśli nie ich dziesiątki, setki lub jeszcze większe ilości. Wiele zależy od gęstości zaludnienia wkoło. Warto więc zarazem zadbać, żeby wylatujące substancje były jak najbardziej ekologiczne, a temu mogą dopomóc też filtry zakładane na kominy domów.

Powyższe sposoby są w stanie nie tylko poprawić powietrze, ale i sąsiedzkie relacje. Gdy spaliny z komina obok są czystsze, jest więcej powodów do dobrej atmosfery między sąsiadami. Zarazem mniej powodów do wnerwienia z powodu zadymienia, które potrafi być problemem o tyle poważnym, że poza zdrowiem brudzi uprawiane na działce rośliny (potem zjadane) czy elewacje domu (wymagające wyczyszczenia).

A co, gdy powietrze jest szczególnie brudne na danym obszarze? Tam nie pozostaje już chyba nic innego jak maska antysmogowa. Występuje w różnych formach, np. może być zwykła czy z wymiennymi wkładami, więc da się dobrać jakąś dla siebie, ale lepiej, żeby nigdy nie było takiej potrzeby.

Moim (nie)skromnym zdaniem

W tym wpisie krótka gawęda językowa o punkcie widzenia.

„Moim skromnym zdaniem” czy „ale to tylko moje zdanie” – takie stwierdzenia służą wyrażaniu własnej opinii. Odpowiednio słowami „skromny” i „tylko” podkreślają też jednak jej uniżenie, małą rolę.

Czy bez nich czyjeś zdanie byłoby jednak „nieskromne” lub też „aż”? Niekoniecznie, bo może być po prostu czyimś zdaniem – z normalną dozą ważności, bez przesady w uniżeniu czy ostentacyjności.

Zdanie z normalną dozą ważności nie znaczy też najważniejsze na świecie, że każdy ma się z nim zgadzać i/lub powtarzać jak mantrę wszędzie, gdzie się da. Czasem ktoś tego nie rozumie i burzy się na czyjś punkt widzenia (zwłaszcza inny od własnego) jakby był mu wciskany na siłę, kiedy drugi człowiek tylko go wyraża i nie wymaga traktowania go jak wyżej.

Wykluczenie siebie to nie rozwiązanie

Temat, o którym piszę dzisiaj przypuszczalnie był, jest i/lub jeszcze będzie powodem do rozterek dla niektórych ludzi w pewnych sferach, a ze sporej ich ilości składa się życie. Chodzi o jego utarty model, konwenanse, które dużo osób uznaje za normalne i przestrzega.

Co jednak mają robić ci, którzy z jakichś przyczyn ich nie przestrzegają? Przykładowo:
– nie piją alkoholu/piją go bardzo rzadko
– nie chcą próbować używek, gdy rówieśnicy zaczynają
– nie chodzą na imprezy
– dorosłość nie sprowadza się dla nich głównie do schematu praca-dom
– nie chodzą do Kościoła
– nie chcą brać ślubu
– nie chcą mieć dzieci
– nie obchodzą pewnych świąt, np. Bożego Narodzenia, Wielkanocy, Sylwestra, Walentynek
– nie wymieniają się ludzkim nieszczęściem czy innymi negatywnymi wiadomościami
– nie lubią gadki-szmatki.

Może w tym tekście uda mi się dać sensowną odpowiedź na to pytanie.

Podstawową kwestią jest tu normalność, a ludzie mają bardzo różne jej kryterium i nie da się spełniać go dla wszystkich. Dla niektórych będziesz normalny w pewnym aspekcie, a dla innych nie – to jest normalne. Być może chciałbyś być normalny dla każdego, ale czy tak zostałbyś przy zdrowych zmysłach? No właśnie. Nie musisz więc być wzorem normalności dla wszystkich. Wystarczy, żebyś był normalny dla siebie, a rozsądnie uznać siebie za takiego, jeśli z premedytacją nie czynisz krzywdy nikomu ani niczemu.

Nie stosuj ostracyzmu wobec siebie, nie wykluczaj za to, jaki jesteś. Bądź za to swoim przyjacielem rozumiejąc, że jesteś, jaki chcesz być. Być może duży wpływ na to miały pewne doświadczenia, które dotąd miałeś.

Ty o nich wiesz, natomiast drugiemu człowiekowi musiałbyś powiedzieć o nich, żeby się dowiedział i mógł lepiej cię zrozumieć. Przydałoby się to zwłaszcza przy poznaniu go i nie tylko po to, żeby zrobić dobre pierwsze wrażenie. Taka opowieść mogłaby jednak być bardzo długa i nie dla każdego warto byłoby ją tworzyć.

Dlaczego? Drugi człowiek nie zawsze pyta o powody, dla których ktoś jest, jaki jest (nie chce go zrozumieć), tylko od razu ocenia go na swój sposób. Jeśli oceni w danej sferze dobrze, będzie to sprzyjać dalszemu kontaktowi w niej, jeśli źle to wręcz odwrotnie.

Nie każdy jednak może każdego zrozumieć. Czy zresztą musi? Co ci po ludziach, którzy tak sztywno siedzą w swoich schematach, że nie mogą pojąć, że ktoś może inaczej w danej kwestii? Będziesz na siłę wpychał im to zrozumienie do głów, żeby i tak nie wepchnąć? Czy przestaniesz przejmować się nimi i zajmiesz bardziej tymi, którzy cię rozumieją, w tym sobą we właściwym stopniu?

Nie musisz tłumaczyć się na siłę z własnej istoty komuś, kto ma zbyt inną drogę życiową w danym aspekcie. To daremne, bo i tak jej nie zrozumie. Miej swoje argumenty i używaj ich, kiedy trzeba. Jak trafią do odbiorcy to dobrze, jak nie to nie ma co przesadnie przejmować się nim.

Takie niezrozumienie wynika mocno ze szkoły, która jest obowiązkowa dla wszystkich i co prawda przygotowuje do życia (przekazuje wiedzę o świecie), ale wpycha też ludzi w pewne schematy. Nie każdy jednak pasuje do nich i na siłę nie da się go w nie wpasować, ale tego system edukacji często nie rozumie i nie daje sensownej alternatywy dla niepasujących. Dla takich uczniów szkoła potrafi być trwającą lata męką i źródłem różnych chorób, np. fobii społecznej, która źle wpływa na ich późniejsze kontakty z ludźmi.

Przykład szkolnej schematyczności: klasa liczy 30 uczniów. 25 zaczyna próbować używek (nawet na terenie szkoły, gdzie nauczyciele nie zaglądają), bo chcą tak zaimponować rówieśnikom i poczuć się dorośli. 5 nie próbuje, bo używki im nie leżą. Mogą zostać przez to uznani za nienormalnych, a jeśli powiedzą o tych próbach wychowawcy, mogą zostać uznani za donosicieli – oba uznania przez większość klasy, która nie uwzględnia powodów zachowania mniejszości, tylko schematycznie ją ocenia (wedle schematu „jeśli A, to od razu B”). I tak źle, i tak niedobrze dla tej piątki, co by nie robiła.

Chcę tu podkreślić różnice między dwoma grupami. Nie chcę tu tworzyć dwu stron barykady, dzielić ludzi na większość i mniejszość, z których pierwsza musi być (prawie) zawsze lepsza czy oprawcą, a druga gorsza czy ofiarą. To, że ktoś nie robi czegoś co wielu innych ludzi nie musi znaczyć, że jest gorszy od nich, nienormalny, na przegranej pozycji, ma się im podporządkować, być przez nich obrażany czy dyskryminowany. Może być po prostu normalnym i równym im człowiekiem, który robi coś innego.

I jeszcze jeden przykład schematycznego postrzegania, tym razem bardziej z lat dorosłych. Samo posiadanie męża/żony i/lub dzieci to wbrew pozorom nie gwarant całego udanego życia dla każdego. Ważne są też dobre relacji z tymi ludźmi, a te wcale nie muszą być takie pewne przez ten czas. Może nawet twój własny przykład ci tu pomoże – zobacz, ile osób, które znasz jakoś lepiej ma dziś rodziny pełne złych doświadczeń (tylko to ukrywają z lęku przed potępieniem przez innych) czy rozbite.

Po prostu nie każdy powinien wchodzić w małżeństwo i/lub rodzicielstwo, bo nie nadaje się do tego (przynajmniej na danym etapie życia). Inaczej wynikają problemy dla niego i związanych z nim, np. awantury, nałogi czy rozwody. Taka osoba nadaje się za to bardziej do czegoś innego, np. bycia kawalerem/panną, adopcji dziecka – to normalne wybory równe małżeństwu/rodzicielstwu i nie ma w nich wbudowanego musu zmarnowanego życia. Z nimi może być ono tak samo udane.

Bądź widoczny po zmroku

Dziś ruch uliczny – temat, który dotąd poruszyłem na blogu tylko raz. Postanowiłem jednak poruszyć go znowu, bo zimną porą roku w Polsce dni są krótkie, o kilka godzin krótsze niż ciepłą, a to znaczy też więcej ciemności i mniej widoczności na dobę. Właśnie o tych dwóch sprawach będzie w tym wpisie.

Z byciem widocznym nie mają problemu samochody, bo ich mocne światła widać z daleka. Z byciem słyszalnym zresztą też nie, bo odpowiednio wcześnie słychać ich silniki, opony czy czasem głośną muzykę typu „umc, umc!”. Dają więc znać o sobie na dwa sposoby.

Z byciem widocznym i słyszalnym mają za to problem piesi i rowerzyści. O drugie trudno mieć pretensje, bo mało kto głośno mówi, krzyczy czy śpiewa, jak gdzieś idzie czy jedzie rowerem, ale o pierwsze jak najbardziej można.

Człowieka, który przemieszcza się po zmroku bez jakichkolwiek odblasków czy źródeł światła, a do tego jest ubrany w ciemne kolory widać bardzo słabo albo wcale. To tylko pozory, że jeśli coś oświetla go choć trochę, np. samochód lub latarnia, już świetnie go widać, a zwłaszcza w deszcz, ulewę czy mgłę. Dobrze pokazują to filmiki niżej:
http://www.youtube.com/watch?v=H00jHP7_4d4
http://www.youtube.com/watch?v=WKlzwgVi3-c .

Kamera nie odda wszystkiego jak ludzkie oko. Jeśli ktoś nie wierzy tym filmikom, szanuję to i nie będę przekonywał go na siłę, za to polecam zrobić test osobiście. Skrzyknąć się choćby w dwie osoby (jedna niech weźmie samochód, a druga prawo jazdy, rower lub będzie tylko pieszym) i nocą sprawdzić wzajemną widoczność z odblaskami i bez. Najpierw jedna osoba może być kierowcą, druga pieszym/rowerzystą, a potem zamiana ról, żeby obie zyskały dobre pojęcie o widoczności kompana.

Z własnego doświadczenia mogę powiedzieć, że nawet mały odblask czyni człowieka dużo bardziej widzialnym. Może mieć różne formy, np. zwijanej opaski – mój ulubiony typ, bo oplata większość obwodu ręki czy nogi, a zwinięty ma raptem kilka cm średnicy. Nie musi to być tylko kamizelka, której wiele osób jakby nie znosi – może przez to, że jest duża, szpeci wygląd i/lub utrudnia dostęp do kieszeni kurtki. Nie przypominam sobie żadnego pieszego w niej, rowerzystów czasem widuję.

Widuję za to pieszych, którzy idąc poboczem drogi świecą latarką. Lepsza ona niż bycie całkiem „ciemnym”, ale skierowawszy ją niechcący na auto z naprzeciwka można oślepić kierowcę – diodowa latarka, która dziś jest powszechna potrafi razić bardzo mocno. Ten z kolei może długimi światłami dać znać o tym, ale te oślepią pieszego. Odblask za to pokazuje pozycję człowieka bez oślepiania tego, który go oświetla.

Nie chodzi tu jednak o świetlną wojnę, a o widzenie siebie wzajemnie po zmroku, ktokolwiek jakkolwiek się porusza. Bycie widocznym po zmroku = bezpieczeństwo i warto o nie zadbać. Niewidoczny pieszy czy rowerzysta ma często małe szanse po zderzeniu z kierowcą, który go nie zauważy lub zauważy zbyt późno. Czy warto tak stracić zdrowie czy nawet życie tylko dlatego, że ciągle wszystko było ważniejsze od zapewnienia sobie tej widoczności?