Czy reklamy są dla głuchych?

Program w telewizji czy radiu potrafi mieć normalną głośność. Często jednak w którymś momencie muszą go nieuchronnie przerwać reklamy, które bywają dużo głośniejsze. Zbyt głośne i trzeba ściszyć, przełączyć lub wyłączyć odbiornik, bo taki wrzask trudno słuchać.

Stąd też tytułowe pytanie: czy takie reklamy są dla głuchych? Jeśli tak to może lepiej przekazywać je językiem migowym? Może będą wtedy dużo skuteczniejsze.

A na poważnie: reklamodawco, przekaż swoją ofertę potencjalnym słyszącym klientom z normalną głośnością. Tak każdy zainteresowany nią na pewno cię usłyszy (nie trzeba aż wrzeszczeć na niego), sam pozna ją lepiej i możliwe, że skorzysta. Często pomoże w tym dobra jakość sprzedawanych produktów czy oferowanych usług.

Przeszkodzić może natomiast krzykliwość, a do tego podtekst erotyczny, powtarzanie kilka razy na minutę czy magiczne słowa „tani”, „promocja”, „wyprzedaż” i podobne. Może te cechy reklamy podziałają na część odbiorców i pozwolą łatwiej im coś wcisnąć, ale na inną część nie i wręcz zniechęcą ją do oferty.

Reklama jest po prostu daniem znać o sobie potencjalnym zainteresowanym. Jej forma też jednak ma znaczenie, bo tworzy u potencjalnego klienta pewną opinię o oferencie. Mówi pierwszemu, czym drugi chce przekonać go do kupna czegoś, a zwłaszcza:
– czy cechami związanymi bezpośrednio z tym, czy związanymi pośrednio/wcale
– czy taktem, czy nachalnością.

Przykładowo reklama samochodu może wymieniać jego dobre osiągi (bardziej do sedna) lub milczeć o nich, za to pokazywać łaszącą się o niego kobietę w jednoznacznych pozach (mniej do sedna). Kupując go właściciel dostanie w pakiecie osiągi, ale kobiety raczej już nie. Chyba że byłaby to jakaś wyjątkowa promocja, ale nawet wówczas mógłby mieć pretensje do oferenta, że np. niewiasta łasi się inaczej niż pokazano w reklamie.

Reklamy

Naturalne słodycze

„Gdy widzę słodycze to kwiczę, a oczy mi świecą jak znicze” – tak śpiewała niegdyś Golec Uorkiestra o łakociach. Czekolady, bombonierki, placki, szarlotki, torty, eklerki, ptysie, krówki, Milky Way, Snickers, Twix – długo by jeszcze wymieniać. I choć nie każdy reaguje na nie kwikiem i ocznym światłem, sporo osób lubi je jeść. A że smak mają atrakcyjny, łatwo o przesadę w ich ilości i czasem jej niepożądany skutek – utycie.

Co jednak zrobić, żeby nie odstawiać łakoci całkiem? Poza nimi sięgać po jedzenie naturalnie słodkie, np. jabłko, truskawka, banan, marchew, burak ćwikłowy, mandarynka, pomarańcz, miód. Obok zaspokajania potrzeby słodkiego smaku przypomni ono też o innych jego źródłach i będzie często zdrowsze.

Trzeba jednocześnie pamiętać o słodzonych napojach, np. sokach – one też mają ten smak, a więc dokładają się do jego dziennej puli. Uwzględniwszy je może okazać się, że jest go dużo.

Do tego pomóc może autoanaliza: odpowiedzenie sobie na pytanie „dlaczego jem (za) dużo słodyczy?”. Może tu chodzić dosłownie o osładzanie sobie życia zbyt gorzkiego z jakichś przyczyn. Jest ciężko je znieść, a łakocie w tym pomagają. Gdy osłodzi się je w inny sposób (rozwiązując dany problem), może i (zbyt) liczne słodycze przestaną być potrzebne.

Światła na rower

Dziś „świetlisty cyklotemat”, a konkretniej moje doświadczenia w materii lamp rowerowych. Oczywiście można kupić byle jakie lub wcale ich nie mieć i tyle, temat zamknąć. Sam jeżdżę jednak po ciemku, uważam je za niezbędne w rowerze i że warto włożyć trochę energii w znalezienie właściwych dla siebie – z korzyścią własną i dla innych uczestników ruchu.

A oto co będzie w tym tekście:
– podział świateł przednich i tylnych (budowa i zasilanie)
– jak ogólnie dobrać oświetlenie
– co używam z przodu i tyłu
– czy musem jest bardzo mocna lampa na tył?
– który tryb jest lepszy – stały czy migający?
– być tylko widocznym czy samemu też widzieć?
– odblaski jako poprawa widoczności
– czy warto jeździć na światłach w dzień?
– czy warto być cichociemnym?
– czy bycie dobrze widocznym to od razu choinka?

Zacznę od klasycznych typów lampek, z którymi się zetknąłem – najpierw przednich, potem tylnych (pomijam zasilane dynamem). Ich umowny podział stworzyłem na potrzeby tego tekstu, nie jest to żaden twór oficjalny. Wszystkie linki do konkretnych produktów służą tylko jako przykłady, nie jako kryptoreklama – nie mam żadnych korzyści z ich promocji.

Pierwszy typ przednich świateł skierowany na wprost zapewnia podstawową widoczność dla innych, ale nie dla właściciela. Często chodzi o kilkudiodowe lampki z klipsem na ubranie, które mają też sporo odpowiedników na tył (np. https://www.centrumrowerowe.pl/lampka-mactronic-fn-01g-pd4173/ ) lub podobne do breloczków (np. https://www.centrumrowerowe.pl/lampka-mactronic-mini-pd5904 ).

Drugi typ to słabsze latarki dające już nieco więcej widoczności i dla rowerzysty, i postronnych, np. https://www.centrumrowerowe.pl/lampka-kellys-humble-pd4825 . Są często wsuwane na kierownicę i nie mają klipsa.

Trzeci typ to mocniejsze latarki – szeroka grupa o co najmniej przyzwoitej widoczności dla obu stron „barykady”. Tańsze mają często soczewkę rozpraszającą (rozsyła światło równomiernie po całej powierzchni) i zoom (regulacja wielkości obejmowanego obszaru – im mniejszy, tym więcej światła w nim), np. https://www.centrumrowerowe.pl/lampka-prox-torch-pd9065 . Droższe latarki mają zazwyczaj soczewkę skupiającą (daje najwięcej jasności w centrum, mniej po bokach), brak zoomu i bywają polepszane przez pasjonatów, np. https://www.swiatelka.pl/viewtopic.php?t=10439 . Niektóre dorównują ilością światła czwartemu typowi.

A ten to lampy – sprzęt o bardzo dobrej widoczności obustronnej, który bywa mocniejszy nawet od świateł samochodu osobowego. Dostać nim po oczach nie jest niczym przyjemnym. Soczewka rozpraszająca jest w lampach standardem i mają wskaźnik poziomu energii, która często dochodzi kablem z oddzielnego akumulatora. Przykład: https://lampkinarower.pl/lampy-rowerowe-solarstorm/8-solarstorm-x2-oryginal.html .

Pierwszy typ świateł tylnych to odpowiednik przedniej jedynki, tylko czerwony, np. https://www.centrumrowerowe.pl/lampka-author-spitfire-pd8353 . W tym miejscu roweru zapewnia wystarczającą widoczność dla innych. Z kolei tylna dwójka to już bardzo mocne lampki, np. https://www.centrumrowerowe.pl/lampka-mactronic-walle-pd9789 . Można powiedzieć, że w samochodzie ich odpowiednikiem jest światło przeciwmgielne.

Zasilanie można spotkać różne, w zależności od typu zazwyczaj:
– bateria CR2032 – przednia jedynka „breloczek”
– wbudowany akumulator ładowany przez port USB – tylna jedynka mocna
– R3 (AAA) – przednia jedynka, dwójka i tańsza trójka, tylna jedynka
– akumulator(y) 18650 – przednia droższa trójka i czwórka.

Oświetlenie najlepiej dobrać do najczęściej odwiedzanego po zmroku terenu (obszar z latarniami, bez nich, drogi utwardzone, gruntowe) i stylu jazdy (wolny, średni, szybki). Kolarz na drogach utwardzonych czy rowerzysta terenowy na gruntowych będą z reguły potrzebować mocniejszego przedniego światła, np. typ 3 droższy lub 4, niż ktoś jeżdżący po mieście, komu wystarczy typ 1, 2 lub tańszy 3. Najważniejsze są jednak osobiste preferencje.

Niezależnie od przemierzanego obszaru dobrym rozwiązaniem na przód jest sprzęt o wielu trybach stałych – 100% i co najmniej jeden słabszy, np. 50%. Tak można regulować moc w zależności od warunków. Nieco droższe produkty zapewniają też stałą jasność przez całą pojemność źródła zasilania, bez jej spadku przy mniejszej ilości energii.

A jeśli lampa na kierownicy nie wystarcza, dobrym jej uzupełnieniem będzie czołówka. To rozwiązanie doceniają zwłaszcza rowerzyści terenowi śmigający w lesie czy po polu. Tam akcja dzieje się szybko i niezbędne jest doświetlanie co chwila coraz to nowych miejsc, których kierownica nie obejmuje dosyć dobrze. Głowa natomiast robi to lepiej, bo ma większą ruchliwość. Trzeba tylko pamiętać o kierowaniu czołówki z dala od oczu innych osób lub wyłączaniu tam, gdzie są.

Sam jeżdżę głównie po drogach utwardzonych (sporo bez latarni). Z przodu mam dwa źródła światła:
1. lampę (typ 4) z dwoma białawymi diodami (światła krótkie i długie, każda ma 3 niezależne tryby i soczewkę skupiającą,), pakietem akumulatorów 18650 i bez zoomu. Dorobiłem do niej przysłonę, dzięki czemu bez oślepiania innych ma pokaźny zasięg. Wziąłem pomysł z wpisu piotrkol91 (użyłem innych materiałów) na http://szosa.org/topic/1378-o%C5%9Bwietleniejakiego-u%C5%BCywacie/page-59 . Strona 43 pokazuje różnicę z przysłoną i bez
2. słabszą latarkę z zoomem, niebieskawą diodą, soczewką rozpraszającą i na baterie R3. Ma 5 ustawień (3 pierwsze ciągłe, 2 ostatnie migające na pełną moc) – 100%, 50%, 25%, SOS, stroboskop. Jest skierowana całkiem na wprost i na zerowym zoomie pokrywa pokaźny obszar przed rowerem.

Nr 1 jest podstawowym źródłem (zawsze w rowerze), w którym głównie światło długie idzie na obszar przed kołem. Dwójka jest dodatkowa (jakby zabrakło prądu w jedynce, używam też jako zwykłej latarki), ale czasem pracuje też razem z jedynką. Tak łączę zalety soczewki rozpraszającej białawe światło ze skupiającą niebieskawe. Mogę polecić takie rozwiązanie, jeśli ktoś lubi mieć dużo światła (ja tak, ale bez rażenia) i/lub jeździ sporo po zmroku.

Za to z tyłu wystarczy zwykła lampka, byle rozsądnie jasna. Sam takiej używam – ma 5 zwykłych diod, tryb ciągły i kilka migających. Co ciekawe, dostałem ją kilka lat temu jako gratis przy zakupie latarki zoom (nie tej ww.), pewnie zbywała sprzedawcy i tak chciał się jej pozbyć. Używając jej nie miałem jeszcze sytuacji, żeby jakiś rowerzysta czy tym bardziej kierowca nie dostrzegłszy mnie w porę musiał np. ostro hamować.

Czy musem jest bardzo mocna lampa na tył? (w tym przełożona z przodu, bo i taki pomysł znalazłem w sieci) Nie jest musem, ale zwykła czerwona może podkreślić charakter roweru (do niektórych pasuje), o ile będzie właściwie pochylona. Ustawiona całkiem na wprost jest natomiast przesadą i nieporozumieniem. Już sporo razy oślepiali mnie taką (czerwoną, nie przełożoną) inni rowerzyści – nie wiem, czy w każdym przypadku pracowała pełną mocą, ale to jakby laser walił po oczach. Tu chodzi jednak o bycie widocznym. Znalazłem zresztą filmik, jak z kilometra wygląda coś takiego (konkretnie Mactronic Walle z linka wcześniej): https://www.youtube.com/watch?v=oEnR1-hJ0qM

Który tryb jest lepszy – stały czy migający? Są po prostu inne. Stały jest na pewno spokojniejszy, przyjemniejszy dla wzroku i lepszy z przodu roweru (skutecznie oświetla drogę), ale i bierze więcej energii. Mrugający (różnego rodzaju) bardziej odróżnia rower od samochodu, w którym tylko kierunkowskazy migają, jest oszczędniejszy, ale czasem (dużo) bardziej denerwuje i rozprasza (poprzez drugie stwarza też zagrożenie dla innych). Problemem jest zwłaszcza mruganie bardzo mocnej tylnej lampy, które powoduje wręcz oczopląs. Atrakcyjności nie dodają mu nawet przeróżne wymyślne kombinacje, w jakich zapalają się diody.

Być tylko widocznym czy samemu też widzieć? A jaka jest korzyść z bycia widocznym samemu nie widząc? Nie widzę żadnej, stąd uważam, że jedno i drugie. Da się to osiągnąć, ale w tym celu poza wyborem właściwych lampek potrzebne jest też właściwe ich ustawienie na rowerze i odpowiedni tryb w odpowiedniej sytuacji. Nie osiągnie się go kupnem najmocniejszych dostępnych, skierowaniem całkiem na wprost i użytkiem na pełną moc. Tak osiągnie się tylko rażenie, a tego raczej nikt po drugiej stronie nie chce doświadczać.

Trzeba samemu zobaczyć, jak to „daje”. Po zmroku przed i za rowerem sprawdzić z różnych odległości (min. kilkanaście metrów) różne pochylenia i tryby świateł (w tym miganie, ważne zwłaszcza z tyłu), a w razie potrzeby skorygować. Da się wtedy dostrzec różnicę między świeceniem i oślepianiem. Warto uwzględnić zwłaszcza wysokość oczu kierowców zwykłych samochodów osobowych (nie SUV-ów ani wyższych), tj. 100-120 cm od ziemi – to właśnie najbardziej ich potrafią oślepiać za mocne cykloświatła.

Wspomniałem wcześniej, że moja latarka jest skierowana całkiem na wprost. Tak, ale nim tak ją ustawiłem, sprawdziłem to przed rowerem. Okazało się, że tylko 25% mocy jest znośnym kompromisem widoczności dla mnie i mnie przez innych. Pozostałe tryby były za mocne, zwłaszcza stroboskop (zwariowana dyskoteka po kilka mignięć na sekundę). Za to poprawiła się widoczność mnie przez kierowców na długich prostych bez latarni – sporo szybciej niż bez latarki zmieniają wtedy światła długie na krótkie.

Poza oświetleniem aktywnym dla lepszej widoczności przez kierowców warto dodać też pasywne – odblaski, w tym zapewniające ją z boków, np. na koła, i na ręce, żeby wyraźnie pokazywać skręty (tu sprawdzą się opaski). Odblaski mogą mocno poprawić widoczność rowerzysty, a zwłaszcza kamizelka (mimo wzbudzanej niechęci ma dużą powierzchnię odblaskową). Zachęcam zresztą do sprawdzenia różnych ich typów, samemu czy z pomocnikiem – obojętne.

Czy warto jeździć rowerem na światłach w dzień? Nie, o ile bez nich widać cyklistę co najmniej przyzwoicie, a to musi sam szczerze ocenić zwłaszcza na podstawie tego, jak widzi innych uczestników ruchu. Duże znaczenie ma tu kolor jego stroju (jasny jest bardziej dostrzegalny niż ciemny) i odblaski/ich brak. Naturalnie widoczność za dnia może być słaba, np. mgła, ciemne chmury, gęsty las po obu stronach drogi – wówczas warto włączyć światła, ale nie widzę sensu jeździć na nich całą dobę jak mają obowiązek samochody. Tak zostaje im zarazem więcej energii na zmrok.

Czy warto być cichociemnym rowerzystą? Nie, bo poza bezmyślnym narażaniem swojego zdrowia i życia naraża się też czyjeś. Nawet nowa szyba samochodu nie przepuszcza 100% światła, a nocą jest go i tak dużo mniej niż za dnia. Do tego kierowcę oślepiają światła części samochodów z naprzeciwka (bo np. są źle ustawione albo na wyższych autach) i czasem utrudnia mu widoczność zła pogoda, np. deszcz. Niech nagle wyrośnie mu jeszcze przed maską cichociemny. Najczęściej będzie mieć wtedy 2 opcje – albo go potrąci, albo sam wykona gwałtowny manewr ku uniknięciu tego i ulegnie wypadkowi, bo straci kontrolę nad pojazdem.

Czy bycie dobrze widocznym na rowerze musi od razu znaczyć robienie z niego/siebie choinki? Nie, znaczy po prostu bycie dobrze widocznym. Gdyby ktoś chciał zrobić z niego/siebie choinkę, wystarczyłoby obwieszenie kompletem choinkowym, a takiego przypadku jeszcze nie spotkałem w swoim życiu.

Zresztą wystarczy spytać siebie: kogo wolałbym spotkać na drodze – rowerzystę cichociemnego czy widocznego? Obojętne, w jakiej roli byłoby się samemu – pieszego, kierowcy czy innego rowerzysty. I co powiedziałbym takiemu – jakieś ostre słowa, bo mało w niego nie wpadłem czy też podziękował, że dobrze go widać i obaj jesteśmy dzięki temu bezpieczniejsi?

Sprawy niepoznane

W dzisiejszym tekście będą sprawy niepoznane. Tak ogólnie je nazwałem, bo temat jest bardzo szeroki, a chodzi o:
– zjawiska nadprzyrodzone, np. samo przesuwanie się przedmiotów w domu
– kryptydy, kosmitów czy inne istoty, których istnienia oficjalnie nie potwierdzono
– zdarzenia, których oficjalna wersja budzi wiele kontrowersji z jakichś przyczyn i przez to powstają ich alternatywne wersje, np. zabójstwo Johna Fitzgeralda Kennedy’ego
– alternatywne technologie, np. silniki wytwarzające więcej energii niż wymagające do działania
– tajne programy wojskowe czy inne mające wpływ na rzesze ludzi, np. trwałe smugi (chemtrails), kontrola umysłów, Nowy Porządek Świata (NWO)
– hermetyczne czy ważne decyzyjnie na świecie grupy, np. iluminaci, rząd światowy.

Takie kwestie można liczyć w setkach, jeśli nie tysiącach. Przez lata powstało mnóstwo tekstów, nagrań i filmów na ich temat, stale przybywa kolejnych. Sam trochę zajmowałem się nimi i chciałbym przekazać tu swoje obserwacje i sugestie. Być może będą pomocne komuś, kto też zechce podjąć ten temat.

Nim jednak to zrobi, słowo ostrzeżenia: rzeczy niepoznane zakładają często inny obraz świata (bywa straszny czy daje do myślenia) niż poznane (powszechnie akceptowane). Odradzam ich badanie, jeśli:
1. masz słabą psychikę, mocno się przejmujesz
2. jesteś mocno zżyty ze swym obecnym światopoglądem, niechętnie go zmieniasz i/lub jest on raczej typowy.

Badanie ich wówczas może mieć zły wpływ na ciebie, wprowadzić zbyt dużą nierównowagę – zburzyć światopogląd i/lub rozstroić psychicznie, a nawet spowodować szok. Bo zwłaszcza wywoła w tobie pytania „jak to?” – przecież przez lata byłeś przyzwyczajony do czegoś innego, a tu nagle okazuje się, że może być całkiem inaczej tym bardziej, że wiele spraw niepoznanych łączy się ze sobą. Dlatego zgłębianie ich sugeruję tylko, jeśli masz dosyć mocną psychikę i jesteś otwarty także na nietypowy obraz świata, którego dotąd być może nie znałeś. Mając wątpliwości „zgłębić to czy nie?” zdaj się na to, co pomaga ci je rozwiać, np. przeczcie – ono może często pomóc. Tyle słowem ostrzeżenia, czas na temat właściwy.

O kwestiach niepoznanych jest mnóstwo informacji i ważne jest odróżnianie rzetelnych od fałszywych. Oczywiście nie zawsze da się to zrobić, ale pomóc w tym może:
1. odpowiedzenie sobie na pytanie „czy to źródło zawiera dane, których szukam?”
2. odporność na celową grę na emocjach odbiorcy, w czym niektórzy się lubują. Zdrowo założyć, że informacje z nią są raczej fałszywe. Dotyczy to zwłaszcza szerzenia strachu i paniki. Szerzono je co najmniej 10 razy za mojego życia, kiedy to miał być koniec świata, jednak ten się nie skończył i trwa nadal.

Tę grę można poznać po wielkich literach, wykrzyknikach i/lub wielu mocnych słowach w tytule i treści źródła. Przykładem może być tytuł filmu na Youtube „AKTYWISTA NIE ŻYJE NOWY PORZĄDEK ŚWIATA ZAGŁADA!!!” – mało konkretów, mnóstwo krzyku i katastrofizmu, do tego brak przecinków. W przypadku dużej długości źródła warto przejrzeć je przed poznaniem całości, to wiele ujawni o nim.

Najczęściej to media alternatywne i źródła paranaukowe lub amatorskie podejmują rzeczy niepoznane – bywa, że szczegółowo i rzetelnie. W mediach głównego nurtu i oficjalnej nauce często jest mało lub nic na ich temat. Jeśli już coś będzie to często sugestie, że są mało możliwe, niemożliwe lub teoriami spiskowymi (do tego stwierdzenia jeszcze wrócę).

Główne media mają pewne bezpieczne tematy, poza które raczej nie powinny wykraczać. Nauka w sumie też, ale przede wszystkim w swej obecnej formie nie jest w stanie poznać wszystkiego. Problem w tym, że jeśli naukowcy nie orzekną istnienia czegoś, dla pozostałych wielu ludzi nie będzie to istnieć. Nauka jest ważnym źródłem poznania świata i musi najpierw wyjaśnić i udowodnić daną kwestię, aby powszechnie uznano jej prawdziwość.

Każdy jednak, kto chce poznać daną sprawę niepoznaną, może poznać ją na swój sposób i niezależnie od nauki. Wyrobi sobie własną teorię i nie musi do niej nikogo przekonywać, a zwłaszcza sceptyków. Nie jest tak, że ich czy kogokolwiek innego trzeba przekonywać na siłę. Są ludzie, którzy po prostu nie uwierzą w prawdziwość czegoś nawet mimo mnóstwa doniesień o tym czy niezbitych dowodów na to. Kto będzie chciał uwierzyć, uwierzy, a kto nie to nie. Każdy może wierzyć w to, w co chce wierzyć.

Ignorowanie, ośmieszanie, zarzucanie choroby psychicznej, nękanie, groźby, ataki bronią energetyczną – to częste metody wobec sygnalistów (zwracających uwagę na jakąś kwestię niepoznaną i czasem mających dostęp do tajnych informacji), które mają ich powstrzymać. Jeśli zawiodą, dochodzi nawet do ich zniknięcia w tajemniczych okolicznościach (ciało nie zostaje znalezione) lub śmierci. Przy śmierci często brak śledztwa, a jeśli już jakieś jest to nierzetelne i jako oficjalny powód podaje się samobójstwo, nieszczęśliwy wypadek (oba w absurdalny sposób) lub choroby, których ofiara nie miała. Jednocześnie żaden sprawca nie zostaje złapany i skazany.

Wspomniałem wcześniej o teorii spiskowej. Otóż tak może nazywać prawdę ktoś (zwłaszcza znany i wpływowy), dla kogo jest ona szczególnie niewygodna, komu jej ujawnienie szczególnie zaszkodziłoby. Lansowaniem tego negatywnego stwierdzenia próbuje ją zdyskredytować lub przedstawić jako nieważną, żeby zniechęcić każdego do jej odkrycia. A jeśli nie zniechęci dosyć wcześnie i ktoś pójdzie za daleko, może zlecić jego zabicie. Dlatego często najbardziej narażeni są właśnie sygnaliści, którzy jako pierwsi docierają do prawdy o rzeczy niepoznanej i zwracają uwagę opinii publicznej na nią, tylko że ta mało co z tym robi. Tak ich wysiłek (a czasem nawet życie) idzie na marne.

Nie miej jednak wrażenia, że:
1. tak jak oni znajdziesz się na celowniku, jeśli choćby ośmielisz się badać sprawy niepoznane, rozpowszechniać informacje o nich czy tym bardziej sam chronić się przed nimi
2. musisz sam zmobilizować cały świat do walki (nawet na śmierć i życie) z szaleńcami, którzy bezkarnie i skrycie, ale skutecznie źle oddziałują na niego tymi kwestiami. Inaczej czeka nas wszystkich zagłada.

A co zrobić, żeby wkład sygnalistów nie poszedł na marne? Przede wszystkim samemu właściwie używaj informacji, które odkryli. Jeśli nie godzisz się na daną rzecz niepoznaną, dbaj najbardziej o siebie – daj sobie prawo do tego, bez groźby żadnych negatywnych skutków i musu angażu całej Ziemi do walki jak wyżej. Już działających tak solo osób na tym świecie może być dużo więcej niż sądzisz, tylko po prostu nie wiesz o nich i stąd czujesz się nieswojo.

Nie musisz działać tylko w jakiejś grupie, którą może być trudno znaleźć lub stworzyć. Jak to z inicjatywami grupowymi bywa, np. ktoś spyta na spotkaniu 10 znajomych, ile osób byłoby chętnych na wycieczkę do Zakopanego za 2 tygodnie. O, super! Każdy zapali się do tego pomysłu i wstępnie zadeklaruje się min. 8 osób, a z czasem większość zgaśnie i ostatecznie pojadą najwyżej 3.

Inny przykład: od kilku lat regularnie widzisz trwałe smugi (ta sprawa niepoznana będzie też w kolejnych przykładach) nad swoją okolicą, a znasz ich szkodliwość i chcesz mieć ochronę. Co robić? Pierwszy pomysł, który ci przyszedł to dołączyć do grupy chcącej je powstrzymać na tym obszarze. Znajdujesz taką i okazuje się, że działa już od 5 lat. Długo, myślisz, ale po skutkach na niebie dochodzisz do wniosku, że jest mało skuteczna i nie tego szukasz. Drugi pomysł to samemu stworzyć grupę „Stop chemtrails”, ale zaraz pojawiają się liczne pytania:
– gdzie znaleźć chętnych do niej?
– jak działać w niej, aby była skuteczna?
– czy w ogóle ma szansę skuteczności, skoro tamta działa 5 lat i niewiele zdziałała?

Ten pomysł też zarzucasz i przechodzisz do trzeciego – chronić się samemu. Odpychałeś go, ale postanawiasz spróbować. Sprawdzasz, co zabezpiecza przed trwałymi smugami – znajdujesz m.in. odtruwające rośliny, energię orgonu: amulet i działo (chembuster). Postanawiasz włączyć rośliny do diety i zamówić amulet, bo działo jest za duże, nie miałbyś gdzie go ustawić. Efekt jest taki, że już po miesiącu czujesz się jakoś sporo lepiej i że naprawdę masz ochronę przed chemtrails. Masz, co chciałeś i jesteś kontent.

Pewne rzeczy lepiej robić w grupie, zresztą stąd powiedzenia „w grupie raźniej” i „w grupie siła”. Inne jednak lepiej robić solo, w tym niektóre sprawy niepoznane, tym bardziej, że często uchodzą za niejasne, dziwne czy wstydliwe. W ogóle rozmawiać o nich (a tym bardziej działać) warto tylko z ludźmi uznającymi je, a to najlepiej sprawdzić samemu rzucając temat (dyskretnie, bez ujawniania, że ty go uznajesz) i obserwując reakcję rozmówcy.

Przykład: będąc ze znajomym na zewnątrz widzisz „chemolot” i mówisz: „O, samolot zostawia smugę. Podobno niektóre smugi zawierają toksyczne substancje, które spadają na ziemię i szkodzą ludziom”. Jeśli znajomy odpowie, że to bzdura czy coś podobnego, nie uznaje takiej teorii. Jeśli sam pociągnie temat, np. spyta, gdzie to słyszałeś, może temat trochę go interesuje, ale nie jest pewien, czy to prawda. Może też od razu zgodzić się z tobą. Jego reakcje mogą być różne, a ku większej jasności możesz też sam dyskretnie podrążyć temat. Ważne, żebyś uszanował zdanie znajomego i nie nawracał go na siłę na swoje poglądy.

I ostatnia sprawa: rozsądna prywatność i poufność komunikacji. Rozmawiając z kimś zastanów się, czy aby na pewno musisz przekazywać pewne informacje przez komputer, telefon czy w miejscu publicznym. Korespondencja przechodzi przez pośredników (np. dostawcę e-poczty), te urządzenia można podsłuchać, ciebie publicznie też. Dużo lepiej przekazać pewne treści osobiście w miejscu, gdzie „ściany nie mają uszu”. Jednak bez paranoi: wspomniawszy znajomemu o trwałych smugach w knajpie, co usłyszy przechodząca kelnerka, niekoniecznie zostaniesz ofiarą gróźb już do końca życia, bo doniesie na ciebie.

11 Listopada

Dziś co nieco o polskim Święcie Niepodległości. Na początek chcę rozróżnić dwa pojęcia, które bywają mylone (na podstawie internetowego Słownika Języka Polskiego PWN – sjp.pwn.pl):
1. Państwo – zorganizowana politycznie społeczność zamieszkująca określone terytorium, mająca swój rząd i swoje prawa
2. Naród – ogół mieszkańców pewnego terytorium mówiących jednym językiem, związanych wspólną przeszłością oraz kulturą, mających wspólne interesy polityczne i gospodarcze.

W 1795 r. poprzez trzeci rozbiór Polska znikła jako państwo (kraj) do 1918 r., ale jako naród istniała cały ten czas, niezależnie od okupacji. Naród istnieje, dopóki żyje ostatni Polak, niezależnie od istnienia państwa.

Dziś 11 listopada 2017 r. kolejna rocznica odzyskania przez Polskę niepodległości. To już 99 lat. Obchody tego święta mają miejsce w całym kraju, a niektórymi z nich jest wywieszenie flagi za oknem czy na balkonie swojego domu. Wciąż jednak zauważyć można mało flag. Dlaczego?

Może wielu Polaków:

  1. uważa, że można świętować ten dzień i bez tego, że ważniejsze to co w sercu niż symbole zewnętrzne
  2. nie wie, co dokładnie wtedy świętować
  3. jest zbyt niezadowolonych ze swojego państwa, żeby celebrować jego niepodległość. Nawet sam Józef Piłsudski rzekł ongiś dwie ciekawe rzeczy:
    a. „Choć nieraz mówię o durnej Polsce, wymyślam na Polskę i Polaków, to przecież tylko Polsce służę”
    b. „Polska, sami Polacy to twierdzili, nierządem stoi. Polska to jest prywata, Polska to jest zła wola. Polska to jest anarchia. I jeśliśmy po upadku mieli sympatię dla siebie, to nigdy nie mieliśmy szacunku dla siebie. Nie zaufanie, a niepewność wzbudzaliśmy i stąd chęć narzucania nam opiekunów, wyznaczonych dla narodu anarchii, niemocy, swawoli, dla narodu, który się do upadku doprowadził prywatą, nieznoszącą żadnej władzy”
  4. nie wyobraża sobie stabilnego życia we własnym wolnym kraju, nie jest dosyć przyzwyczajonych do tego. Stąd też boi się jakoś szczególnie okazywać jego niezależność, bo to w końcu mogłoby rozdrażnić jakieś inne państwo na tyle, że postanowiłoby rozpocząć okupację Polski lub wznowić ją po latach, bo kiedyś już tu było. To może być wpływ historii, a spojrzawszy pod pewnym kątem można powiedzieć, że od rozbiorów Polska jest prawie ciągle pod jakąś okupacją. Nie zawsze zbrojną czy polityczną, ale jednak: zabory > pierwsza wojna światowa > dwudziestolecie międzywojenne > druga wojna światowa > PRL > III RP > Unia Europejska. Z 222 lat od 1795 r. tylko przez 36 (dwudziestolecie traktuję jako 21 lat i III RP jako 15, do czasu wstąpienia do Unii) była wolnym krajem. To może być stanowczo za krótko, żeby przywyknąć do życia w nim.

 

Piłsudski był ważnym przedstawicielem Polaków i ich wolnego kraju. W kwestii Święta Niepodległości jest często wspominaną postacią. Patrząc na jego słowa wyżej można zatem pomyśleć: kto o takiej randze jak on mówi tak o ludziach, których reprezentuje? Zakrawa to na brak szacunku do nich i ich, a zarazem własnego państwa.

Jednak jaki naród, takie państwo. Jeśli w kraju jest źle (a w każdym jest coś nie tak, nie tylko w Polsce), zmiana na lepsze zaczyna się od zmiany na lepsze w życiu pojedynczego obywatela. Dopiero tak może ona rozprzestrzenić się. Miliony ludzi nie zmieniają się jednocześnie na zawołanie, ale stopniowo i każdy w swoim tempie. Natomiast niezadowolenie ze swojego państwa tylko utrzymuje to, czego dotyczy.

Choć czasem padają stwierdzenia „cała Polska” czy „wszyscy Polacy”, kraj nie jest całkiem jednorodny pod każdym względem. Jest bardzo różnorodny – dziesiątki milionów mieszkańców, a każdy inny, np. katolicy i niekatolicy, zwolennicy aborcji i jej przeciwnicy.

Różnica nie musi jednak znaczyć, że drugiego człowieka trzeba od razu np. uważać za wroga czy obrażać. Można po prostu uznać go za różnego. Dialog często kończy się tam, gdzie zaczyna się wrogość i obrażanie, a istnieje przy wzajemnym szacunku. Drugie łączy, a nie dzieli jak pierwsze. Polacy są już tak mocno podzieleni, że nie ma sensu, żeby dzielili się jeszcze bardziej.

Jednocześnie nie w każdej kwestii muszą się zgadzać, ale warto, żeby troszczyli się o dobro wspólne, jakim jest Polska, w tym uznawali ją za własne pełnoprawne państwo. Taką też definicję mogłaby mieć polityka – troska o dobro wspólne, a nie walka o władzę, zwłaszcza bez pardonu. Przez jej obrzydzoną formę (zwłaszcza nierozwiązane spory z przeszłości i dochodzenie coraz to nowych) sporo ludzi nie angażuje się w nią, a mogłoby wiele zmienić.

Przykład ostatnich wyborów parlamentarnych z 2015 r. (dane z http://parlament2015.pkw.gov.pl/349_wyniki_sejm ): frekwencja wyniosła 50,92 %, z uprawnionych 30629150 osób głosowało 15595335. Co z pozostałymi 49,08%, dlaczego ci ludzie nie głosowali? Może właśnie dlatego, że mają już dosyć polityki w typowej formie, np. braku jednej partii naprawdę dbającej o interesy choćby większości Polaków. Zazwyczaj po każdych wyborach najwięcej zyskuje zwycięska partia, potem jej elektorat, a na końcu pozostały.

A jaka mogłaby być polityka jako troska o dobro wspólne? Przykładowo jako demokracja bezpośrednia, gdzie w referendach ludzie głosują nad projektami ustaw, które sami tworzą. Realizować je mógłby rząd wybierany na rok. Jeśli po tym czasie nie uzyskałby w krajowym referendum min. 50,1% poparcia, musiałby ustąpić z urzędu i miałyby miejsce nowe wybory. Tak więcej Polaków angażowałoby się w politykę i miało pracę przy jej obsłudze, np. liczeniu głosów.

Taka sytuacja sprzyjałaby też wyrażaniu patriotyzmu. Dziś wygląda on inaczej niż kiedyś, to pewne. Nie przyjmuje już formy tajnych kompletów, walki w partyzantce, powstaniu czy wojnie, żeby Polska była wolna, ale jest nadal potrzebny. Jest zawsze w cenie, żeby kraj miał się dobrze. Jest też docenieniem wysiłku poprzednich pokoleń w tym celu (przykro byłoby im wstać z grobów i zobaczyć, że ich wysiłki – często wielkie – poszły na marne) i powodem do dumy. Nie jest natomiast powodem do wstydu czy synonimem daremnego/bezsensownego cierpienia lub śmierci za sprawę przegraną.

A gdyby tak śmierć była radosna?

Wszystkich Świętych i Dzień Zaduszny to w Polsce czas tradycyjnych wizyt na grobach. Ludzie jadą czasem na drugi koniec kraju, żeby odwiedzić mogiły zmarłych z rodziny, przyjaciół czy znajomych. Część niestety zginie na drogach zwiększając statystyki akcji Znicz, bo mimo rokrocznych apeli policji o bezpieczną jazdę sami przesadzą z ryzykiem lub zrobi to ktoś inny na ich szkodę.

W mediach wspomina się znanych ludzi, którzy odeszli w minionym roku. Za życia niektórzy z nich niedoceniani, wyśmiewani lub krytykowani standardowo dopiero po śmierci zostaną docenieni. Znów będzie za późno na „śpieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą”. I chociaż katolicyzm głosi możliwość pójścia po niej do nieba, miejsca szczęścia, wiele osób zdaje się nastawiać bardziej na gorszy czyściec lub dużo gorsze piekło. Jeszcze inne uważają śmierć za koniec życia człowieka w ogóle. Zmarł – zostają po nim tylko szczątki i często uciążliwe sprawy ziemskie, które jacyś śmiertelnicy muszą załatwić.

Na cmentarzach tłumy ludzi i ich samochodów na parkingach. Do tego pogoda listopada, tj. często pochmurno, wietrznie, zimno, deszcz, nawet śnieg, bezlistne drzewa, krótki dzień (mniej światła), i narzekanie na nią. Zimno, a więc sezon grzewczy i związane z nim zanieczyszczenia, na pewnych obszarach duże. Przez to wszystko razem śmierć staje się bardzo nieprzyjemna, a zwłaszcza przygnębiająca.

A gdyby tak była radosna? W te dwa dni, kiedy ma ona szczególne znaczenie nigdy nie lubiłem masowej grobowej (dosłownie i w przenośni) atmosfery. Nielubienie osiągnęło apogeum w tym roku i przez to postanowiłem zrobić coś inaczej. A konkretnie napisać ten tekst z innym spojrzeniem na śmierć.

Póki co czeka ona każdego, o ile wcześniej ktoś nie wynajdzie sposobu na nieśmiertelność. Ważne jest więc jej postrzeganie, a może nastrajać optymistyczniej niż sposoby opisane wcześniej. Można uważać ją za zmianę formy istnienia – ciało fizyczne umiera, a dusza żyje dalej, a to może robić w wielu fajnych miejscach. Jakich? To już podpada pod wyobraźnię każdego, kto zechce zająć się tym tematem.

Ale nim śmierć to wcześniej życie, a w nim liczy się nie tylko długość, ale i jakość. Uważam, że lepiej żyć krótko i dobrze niż długo i źle. Są ludzie długowieczni, w tym mający ponad 100 lat, ale w dzisiejszych czasach kojarzenie, zdrowie i szczęście w takim wieku nadal jest rzadkością. Niestety. Dużo częstsze są natomiast przytępienie umysłu, liczne choroby i malkontenctwo. Razem utrudniają i uprzykrzają życie człowiekowi, a śmierć może ulżyć mu w cierpieniu. Chyba że woli cierpieć, bo i tak być może.

Trudno zaprzeczyć, że strata bliskich ludzi (czymkolwiek spowodowana) często boli i opłakuje się ją. Co jednak można zdziałać opłakiwaniem ich aż do własnej śmierci? Czy tak przywróci się im życie? Nie, dlatego lepiej cieszyć się własnym, dopóki trwa i obcować z innymi żywymi, dopóki są.

A ci już zmarli mogli odejść dekady temu lub mniej niż miesiąc, jednak wrażenie odstępu czasowego od tamtych wydarzeń potrafi pozostawać takie samo – jakby to było wczoraj. Być może mieli jeszcze tyle planów, lecz nie zdążyli ich zrealizować. W tym wreszcie spotkać się z tobą gdzieś na spokojnie, siąść, porozmawiać – ciągle nie było na to czasu, aż ten skończył się całkiem. Znów będzie za późno na „śpieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą”. Choć autor tych słów też odszedł, można traktować je jako ponadczasowe.

Pogrzeby i wizyty na grobach nie są dla zmarłych. Są tak naprawdę dla żywych. Los ciała zmarłych po ich śmierci może ich już w ogóle nie obchodzić. Może ich w ogóle nie obchodzić, czy na ich grobie ktoś posprząta, zapali znicze czy położy kwiaty. Mogą też patrząc znad niego śmiać się „I po co wy, głuptasy, tak się smucicie? Nie wiecie, jak jest tutaj, ale kiedyś też się przekonacie”. Po prostu zajmują się zupełnie innymi sprawami, o których śmiertelnicy jeszcze nie mają pojęcia.

A jeśli twoi zmarli chcieliby ci coś przekazać, co to byłoby? A zwłaszcza co odpowiedzieli na to pytanie: czy po ich śmierci masz się cieszyć, czy smucić?