Archiwa blogu

Czy warto ulegać złym emocjom?

Czasem wystarczy byle pretekst, żeby ktoś wybuchł. Zgromadził w sobie już tak wiele złych emocji, że więcej nie zmieści – już się wylewają i musi się wyładować. Oto przykład z drogi:

 

 

Kierowcy 1 (nagrywający) nagle wyjeżdża w 0:28 z prawej strony kierowca 2 (nagrywany) i spowalnia go. Przez to 1 trąbi na 2, na co ten spowalnia go jeszcze bardziej. 1 próbuje też wyprzedzić 2, ale ten blokuje z lewej. W końcu udaje się to, ale na skrzyżowaniu jakiś czas później drugi zajeżdża mu drogę (przy okazji też postronnej kobiecie) i podszedłszy do jego auta chce „ponapierdalać się”. Po krótkiej kłótni 1 psika 2 w twarz gazem pieprzowym.

Pierwszemu nie podobało się wymuszenie pierwszeństwa (wyjechaniem przed maskę) przez drugiego, drugiemu nie podobało się bycie strąbionym tam, gdzie było dozwolone 50 km/h (pierwszy jechał tam szybciej, widać prędkość w prawym dolnym rogu ekranu). Nie biorę tu żadnej ze stron, zwracam jedynie uwagę, jak mało było trzeba do sprowokowania tak napiętej sytuacji – klakson pierwszego.

Jak można unikać takich zdarzeń? Najlepiej ich nie prowokować (na ile się da, zwłaszcza celowo), a pomoże w tym dosyć dużo energii i radzenie sobie ze swoim życiem bardziej niż nieradzenie. Przy zbyt dużym braku tych dwu łatwo o negatywne emocje wynikłe z dyskomfortu. Z kolei o komfort często trudno, gdy ktoś np. jest niewyspany, ma problemy w pracy i/lub inny uczestnik ruchu zrobi coś groźnego w skutkach dla obu.

Problem w tym, że niektórzy sami prowokują, np.:
– po alkoholu
– kompleksiarze, którzy chcą doraźnie poprawić swoją nadszarpniętą samoocenę
– ludzie, którzy nie umieją żyć bez przesadnej rywalizacji. Nie żyją, jeśli ciągle z kimś o coś nie rywalizują.

Takie osoby mogą myśleć, że zawsze wygrają i zaistnieją. Warto jednak uważać, bo można trafić na mocniejszego od siebie i polec.

Przyda się też samokontrola. Pewnym charakterom, np. cholerykowi, może być trudniej o nią, ale da się ją wyćwiczyć w choćby rozsądnym stopniu. Warto w kontekście różnych napiętych sytuacji (w tym z przeszłości) zadać sobie pytanie „czy osiągnę upragniony wynik, jeśli dam się ponieść emocjom?”. Może okazać się, że kompletnie nie – tamten jeździ jak idiota, tamta patrzy się niewłaściwie, ktoś jeszcze jest za głośno… komuś ciągle trzeba by dać jakąś lekcję, a wówczas nie ma miejsca na zamierzony rezultat. Oczywiście inaczej analizuje się zdarzenia niespokojne na spokojnie niż uczestniczy w nich, ale taka analiza może lepiej przygotować do nich – podsunąć sensowne sposoby działania (choćby tylko na zaś).

Do tego ważna jest kwestia samej reakcji w takich przypadkach, np.:
1. krzyk (w przenośni też samochodu – klakson)
2. cięta riposta
3. wyzwiska
4. groźby
5. środkowy palec
6. przemoc fizyczna/niszczenie mienia
7. pokazanie/użycie broni
8. brak reakcji, zignorowanie
9. okazanie strachu
10. któreś z poniższych pytań/stwierdzeń (zwłaszcza powiedziane kulturalnie):
a. dlaczego (od razu) wyzywasz?/co chcesz osiągnąć wyzwiskami?/ale po co te wyzwiska?
b. dlaczego (od razu) krzyczysz?/co chcesz osiągnąć krzykiem?/ale po co ten krzyk?
c. dlaczego (od razu) grozisz?/co chcesz osiągnąć groźbami?/ale po co te groźby?
d. o co ci konkretnie chodzi?/czego chcesz?
e. masz rację, przepraszam, nie zrobiłem tego celowo.

Reakcje 1-7 (zwłaszcza krzyk i wyzwiska) sugerują ich odbiorcy, że jest cały do niczego, gdy tak naprawdę ich nadawcę zdenerwował tylko pewien jego aspekt. Są też atakiem drugiego na pierwszego, na który pierwszy może też odpowie atakiem – nie bez powodu ten zwany jest najlepszą obroną. Przykładowo jest wielka różnica między stwierdzeniem „ty idioto!!” (krytyka całości) a „możesz chodzić uważniej?!” (krytyka części). Pierwsze wywoła w adresacie dużo gorszą reakcję niż drugie, przy którym wie lepiej, za co krytykuje go nadawca.

Jednocześnie reakcje 1-7 często prowokują i podtrzymują napiętą sytuację, ale to właśnie człowiek z nimi uchodzi za silnego, kozaka czy bohatera. I mimo że to reakcje 8-10 prędzej ją rozładują, to właśnie człowiek z nimi uchodzi za słabego, ciotę czy tchórza. Pierwszy jest podziwiany (bo atakuje, walczy), a drugi wyśmiewany (bo wycofuje się, ucieka).

Takie postrzeganie powinno być jednak odwrotne, jeśli cenić dobrą atmosferę, bez dopuszczania do gęstej. To właśnie pierwszy powinien być wyśmiewany, a drugi podziwiany. To właśnie drugi:
1. jest na tyle opanowany, że nie daje się sprowokować agresorowi. Nie znaczy to jednak, że będzie workiem treningowym do bezkarnego bicia, gdy tamten uderzy w jakimś sensie, bo też będzie mógł oddać (może nawet mocniej niż agresor oczekiwał). Będzie jednak świadom, że to nie on rozpoczął napiętą sytuację, więc nie musi atakować pierwszy i to najcięższym kalibrem
2. umie spytać wprost o powody prowokacji agresora, a nie tylko od razu odpowiadać atakiem. Jeśli ten nie poda żadnych sensownych, często wypadnie źle czy zostanie pokonany (a to wstyd zwłaszcza przed „swoimi” ludźmi, którym chce zaimponować)
3. umie przyznać się do błędu (jeśli faktycznie go popełnił) przed kimś, kto ma pretensje o jego skutki negatywne dla niego.

Co więcej świat bez ludzi drugiego typu byłby polem nieustannej bitwy między ludźmi z byle powodu. Prawo dżungli byłoby wtedy jednym z głównych obowiązujących praw lub jedynym.

Reklamy

O związku słów kilka

Związek człowieka z człowiekiem to jeden z chodliwych tematów, od zawsze na czasie i regularnie wraca jak bumerang. Dziś swoją refleksyjną cegiełkę do niego wniosę i ja.

Formalny, nieformalny, partnerski, małżeński czy jeszcze inny – związek potrafi być przeróżny, jeden drugiemu nierówny. Człowiek potrafi jednak mieć duże parcie na niego, tworzyć go za wszelką cenę, ale niekoniecznie słusznie – w niewłaściwej relacji okaz przynajmniej niezłego zdrowia potrafi skończyć jako wrak psychiczny lub fizyczny.

Warto więc najpierw odpowiedzieć sobie na podstawowe pytanie: po co mi tak naprawdę związek? Przykłady odpowiedzi:
1. żeby mieć kogokolwiek, bo każdy związek jest lepszy niż samotność
2. żeby zagłuszyć jakąś wewnętrzną pustkę
3. żeby poprawić sobie samoocenę
4. żeby stworzyć z kimś coś wartościowego. Jeśli tak to co konkretnie?
5. żeby doświadczać bliskości psychicznej i/lub fizycznej.

Jeśli brak jest dosyć sensownych powodów, lepiej już być samemu, nie mylić z totalnym opuszczeniem przez wszystkich ludzi i cierpieniem przez to. Chodzi tu o świadome bycie kawalerem/panną, dziś często nazywane singlem/singielką. Tak rozumiana samotność z wyboru może wymagać więcej samopoznania niż związek na siłę, ale ono może jednocześnie pokazać człowiekowi, że sam może zdziałać w wielu sferach więcej niż z kimś.

Teraz sprawy znaczeniowe z dużą rolą dosłowności. Związek to pewna więź z drugą osobą, ale przez to może być też związaniem, pętami. Jest to więc pewne ograniczenie, które może przeszkadzać zwłaszcza ludziom lubiącym dużo swobody i niezależności – szczególnie im warto się zastanowić, czy taka relacja ma sens.

Druga połówka/połowa – tak określa się czasem współtwórcę związku. Ktoś może szukać drugiej połówki lub już ją mieć, ale przecież sam nie jest połowiczny. Jest kompletny, jest całością i nie musi dosłownie szukać brakującej części dla uzupełnienia siebie, bo czegoś mu brakuje (i być może właśnie przez to cierpi, przez taką połowiczną definicję siebie). Jeśli byłoby to cierpienie, można inaczej zdefiniować współtwórcę, np. jako osobę do robienia razem fajnych rzeczy.

W kontekście związku pojawia się czasem pytanie „czego pragną kobiety/mężczyźni?”. Jest postawione źle, bo odpowiedź na nie dotyczy stanowczo zbyt dużej ilości ludzi. Jeśli spytać by całą męską czy żeńską płeć na Ziemi o jej pragnienia, powstałby całkowicie niespójny ich obraz, bo różni ludzie pragnęliby zbyt różnych rzeczy, niemożliwych do sprowadzenia do wspólnego mianownika.

Nie ma co też pytać „czego on/ona pragnie?” w sensie jak uszczęśliwiać drugą osobę zapominając o sobie. Takie postawienie sprawy to wyzbywanie się własnego szczęścia, co gorsza, na własne życzenie.

Najtrafniej postawionym pytaniem jest tu „czego pragniemy oboje?”, tzn. ja plus druga osoba. Chodzi w końcu o konkretny związek i zadbanie również o siebie.

Podstawą do związku bywa zakochanie, które internetowa wersja Słownika Języka Polskiego PWN (sjp.pwn.pl) definiuje jako „miłość do kogoś”. Z kolei „miłość” może mieć tak wiele różnych znaczeń, że warto sprecyzować ją we własnym przypadku, np. namiętność, erotyka, seks, zrównoważone uczucie, bliskość, poświęcenie, zrozumienie, sapioseksualizm, miłość platoniczna, flirt, gierki. Bez takiej precyzji łatwo o niedopasowanie z drugą osobą, bo może rozumieć to słowo zupełnie inaczej.

Zakochać się (i to bardzo mocno) można nie w kimś ogólnie jako całości, a jedynie w jego części i to nawet małej, np. części ciała czy garderoby. Taka miłość potrafi ogłupiać, wypaczać prawdziwy obraz drugiego człowieka – na podstawie jednej części czynić go idealnym w każdej, gdy takim nie jest. Niemiłe rozczarowanie pojawia się natomiast po przebudzeniu, że poza idealizowanym aspektem są też np. charakter, zachowania, przekonania, które mają pewne wady, może nawet rażące na jego tle. Dobrze jest więc dbać o zdrowe postrzeganie drugiej osoby, balans między rozsądkiem a uczuciem.

Warto też mieć trochę życia bez niej rozumiejąc to jako obustronną naturalną potrzebę (nie od razu koniec miłości), a nie tylko wszystko i wszędzie razem. Przez brak takiej swobody nawet najbardziej towarzyski i/lub uczuciowy człowiek może w końcu poczuć się osaczony czy zacząć dusić, a to nie sprzyja udanej relacji.

Związek może mieć różny staż. Jeśli w planach jest długi, warto odpowiedzieć sobie na pytanie „gdzie widzę siebie z tą osobą za 5/10/20/więcej lat?”. Ważne, czy jest jego dokładna wizja, zwłaszcza wspólnych płaszczyzn – jej brak może go znacząco skrócić. Chodzi tu zwłaszcza o romantyczny związek, częsty rodzaj. Jak długo starczy pomysłów i sił na romantyczne prezenty, kolacje, wieczory, wyjścia do kina, teatru, wyjazdy do Paryża? Jeśli to wszystko kiedyś się znudzi, co wtedy – zmiana charakteru związku czy jego koniec?

Różne są pomysły związane jakoś ze związkiem. Podzielę się jednym, na który kiedyś się natknąłem (nie jest to cytat): kobieta powinna sprawiać, żeby jej mężczyzna ciągle miał wrażenie, że nie zdobył jej ostatecznie.

Przytaczam go w celu komentarza: cały ten pomysł zdobywania kogokolwiek (płeć obojętna) nie ma większego sensu. Zdobywać to można punkty, a co to za frajda być z kimś, z kim relacja jest ciągle niepewna, bo nie został ostatecznie zdobyty? Żadna, bo taka osoba może zawsze odejść z byle powodu. Cała frajda polega natomiast na obustronnej wierności – tym, że jest bliski człowiek, który naturalnie (stabilnie, bez musu zdobywania) chce fajnego kontaktu i dostaje to samo.

Poza tym czy kobieta, która nie sprawia wrażenia wyżej będzie łatwa, a zwłaszcza od razu puszczać się z każdym? Czy będzie też omijana szerokim łukiem przez absolutnie wszystkich mężczyzn, bo nie jest trudna = atrakcyjna i nie mogą zdobywać jej jakimiś wymyślnymi sposobami? Nie lubię takiego stawiania łatwości. Za trafniejsze uważam postrzeganie kobiety jako łatwej, gdy łatwo jest mieć z nią upragniony kontakt (po prostu) i nie musi tu chodzić tylko/zwłaszcza o seks.

Serce kontra rozum

Te dwa aspekty człowieka są czasem przedstawiane jako przeciwne sobie.

Serce może mówić „tak” w jakiejś kwestii, a rozum „nie” lub odwrotnie. Tak powstaje dylemat, bo nie wiadomo, której strony słuchać.

Można wówczas potraktować obu opiniodawców jako widzących po prostu inne cechy. Nie lepsze, nie gorsze, po prostu inne. Serce może lepiej dostrzegać, jak człowiek czuje się w tej kwestii, a rozum może lepiej widzieć ją od strony logiczno-praktycznej, np. argumenty za i przeciw niej.

Oba punkty widzenia są jego własnością i mogą być cenne dla niego, a którego z nich słucha zależy ostatecznie tylko od niego. Może wyciągnąć z obu pewną uśrednioną opinię, posłuchać tylko jednego albo nie słuchać wcale.

Jaki jest Twój odmóżdżacz?

Każdy miewa okresy wytężonej pracy, po której jest zmęczony i chce się wyłączyć, zresetować czy odpocząć. Różnie się na to mówi, ale chodzi ogólnie o dostarczenie sobie prostej, łatwo przyswajalnej i dostępnej rozrywki, która pozwala umysłowi odpocząć. Jest ona jakby nagrodą za wykonany wysiłek – narobiłem się to coś mi się należy od życia.

Problem polega na tym, że taka rozrywka potrafi człowieka jeszcze bardziej ogłupiać niż zmęczenie po pracy i nawet nie zdaje sobie sprawy z tego. Jaką mam na myśli? Ciąg seriali czy „Trudnych spraw”, „Dlaczego ja?” „Pamiętników z wakacji” i tym podobnych programów.

W serialach jest chociaż jakakolwiek gra aktorska, ale w reszcie… zero, totalna sztuczność. Do tego głupawe historyjki o mięsnych jeżach czy Dariuszu, co włamuje się pod prysznic w mieszkaniu swojej wielbicielki, która nie może odpędzić się od niego. Dla mnie takie „programy” to totalne dno i nie wiem, jak można to oglądać… ale to mój gust i opinia, a każdy ma swoją. Moim głównym celem w tym tekście nie było grzmienie na jakość takich programów.

Chcę za to pokazać Ci w nim bardziej konstruktywny odmóżdżacz.

Read the rest of this entry