Archiwa blogu

Czym będzie ta Wielkanoc?

Wielkanoc już blisko. Obok Bożego Narodzenia to jeden z dwóch okresów w roku, które pod pewnymi względami można uznać za szczególne. Oczywiście nie każdy ją obchodzi, ale jeśli ktoś to robi, warto zastanowić się głębiej nad jej sensem. Zastanowić się, czym będzie.

Czy będzie czasem świadomości tego, co upamiętnia, co świętuje się w jej trakcie?

Czy będzie czasem radości ze zmartwychwstania Jezusa, z tego, że pokonał śmierć?

Czy będzie czasem radości z tego, że życie w ogóle rozkwita, że przyroda budzi się na nowo po zimie?

Czy będzie okazją do spotkania z drogimi sercu ludźmi?

Czy będzie okazją do fajnego wyjazdu?

Czy będzie okazją do jakiejś miłej lub konstruktywnej odmiany?

Czy zostawi po sobie coś trwałego i wartościowego, czego być może nie było wcześniej?

Czy będzie mechanicznym i coraz bardziej męczącym klepaniem tych samych rytuałów jak co roku, bo tak trzeba, wypada czy tak robi każdy?

Czy będzie pełnymi stresu 2 dniami, do których przygotowania pochłoną jeszcze więcej stresu i dni?

Reklamy

Światła na rower

Dziś „świetlisty cyklotemat”, a konkretniej moje doświadczenia w materii lamp rowerowych. Oczywiście można kupić byle jakie lub wcale ich nie mieć i tyle, temat zamknąć. Sam jeżdżę jednak po ciemku, uważam je za niezbędne w rowerze i że warto włożyć trochę energii w znalezienie właściwych dla siebie – z korzyścią własną i dla innych uczestników ruchu.

A oto co będzie w tym tekście:
– podział świateł przednich i tylnych (budowa i zasilanie)
– jak ogólnie dobrać oświetlenie
– co używam z przodu i tyłu
– czy musem jest bardzo mocna lampa na tył?
– który tryb jest lepszy – stały czy migający?
– być tylko widocznym czy samemu też widzieć?
– odblaski jako poprawa widoczności
– czy warto jeździć na światłach w dzień?
– czy warto być cichociemnym?
– czy bycie dobrze widocznym to od razu choinka?

Zacznę od klasycznych typów lampek, z którymi się zetknąłem – najpierw przednich, potem tylnych (pomijam zasilane dynamem). Ich umowny podział stworzyłem na potrzeby tego tekstu, nie jest to żaden twór oficjalny. Wszystkie linki do konkretnych produktów służą tylko jako przykłady, nie jako kryptoreklama – nie mam żadnych korzyści z ich promocji.

Pierwszy typ przednich świateł skierowany na wprost zapewnia podstawową widoczność dla innych, ale nie dla właściciela. Często chodzi o kilkudiodowe lampki z klipsem na ubranie, które mają też sporo odpowiedników na tył (np. https://www.centrumrowerowe.pl/lampka-mactronic-fn-01g-pd4173/ ) lub podobne do breloczków (np. https://www.centrumrowerowe.pl/lampka-mactronic-mini-pd5904 ).

Drugi typ to słabsze latarki dające już nieco więcej widoczności i dla rowerzysty, i postronnych, np. https://www.centrumrowerowe.pl/lampka-kellys-humble-pd4825 . Są często wsuwane na kierownicę i nie mają klipsa.

Trzeci typ to mocniejsze latarki – szeroka grupa o co najmniej przyzwoitej widoczności dla obu stron „barykady”. Tańsze mają często soczewkę rozpraszającą (rozsyła światło równomiernie po całej powierzchni) i zoom (regulacja wielkości obejmowanego obszaru – im mniejszy, tym więcej światła w nim), np. https://www.centrumrowerowe.pl/lampka-prox-torch-pd9065 . Droższe latarki mają zazwyczaj soczewkę skupiającą (daje najwięcej jasności w centrum, mniej po bokach), brak zoomu i bywają polepszane przez pasjonatów, np. https://www.swiatelka.pl/viewtopic.php?t=10439 . Niektóre dorównują ilością światła czwartemu typowi.

A ten to lampy – sprzęt o bardzo dobrej widoczności obustronnej, który bywa mocniejszy nawet od świateł samochodu osobowego. Dostać nim po oczach nie jest niczym przyjemnym. Soczewka rozpraszająca jest w lampach standardem i mają wskaźnik poziomu energii, która często dochodzi kablem z oddzielnego akumulatora. Przykład: https://lampkinarower.pl/lampy-rowerowe-solarstorm/8-solarstorm-x2-oryginal.html .

Pierwszy typ świateł tylnych to odpowiednik przedniej jedynki, tylko czerwony, np. https://www.centrumrowerowe.pl/lampka-author-spitfire-pd8353 . W tym miejscu roweru zapewnia wystarczającą widoczność dla innych. Z kolei tylna dwójka to już bardzo mocne lampki, np. https://www.centrumrowerowe.pl/lampka-mactronic-walle-pd9789 . Można powiedzieć, że w samochodzie ich odpowiednikiem jest światło przeciwmgielne.

Zasilanie można spotkać różne, w zależności od typu zazwyczaj:
– bateria CR2032 – przednia jedynka „breloczek”
– wbudowany akumulator ładowany przez port USB – tylna jedynka mocna
– R3 (AAA) – przednia jedynka, dwójka i tańsza trójka, tylna jedynka
– akumulator(y) 18650 – przednia droższa trójka i czwórka.

Oświetlenie najlepiej dobrać do najczęściej odwiedzanego po zmroku terenu (obszar z latarniami, bez nich, drogi utwardzone, gruntowe) i stylu jazdy (wolny, średni, szybki). Kolarz na drogach utwardzonych czy rowerzysta terenowy na gruntowych będą z reguły potrzebować mocniejszego przedniego światła, np. typ 3 droższy lub 4, niż ktoś jeżdżący po mieście, komu wystarczy typ 1, 2 lub tańszy 3. Najważniejsze są jednak osobiste preferencje.

Niezależnie od przemierzanego obszaru dobrym rozwiązaniem na przód jest sprzęt o wielu trybach stałych – 100% i co najmniej jeden słabszy, np. 50%. Tak można regulować moc w zależności od warunków. Nieco droższe produkty zapewniają też stałą jasność przez całą pojemność źródła zasilania, bez jej spadku przy mniejszej ilości energii.

A jeśli lampa na kierownicy nie wystarcza, dobrym jej uzupełnieniem będzie czołówka. To rozwiązanie doceniają zwłaszcza rowerzyści terenowi śmigający w lesie czy po polu. Tam akcja dzieje się szybko i niezbędne jest doświetlanie co chwila coraz to nowych miejsc, których kierownica nie obejmuje dosyć dobrze. Głowa natomiast robi to lepiej, bo ma większą ruchliwość. Trzeba tylko pamiętać o kierowaniu czołówki z dala od oczu innych osób lub wyłączaniu tam, gdzie są.

Sam jeżdżę głównie po drogach utwardzonych (sporo bez latarni). Z przodu mam dwa źródła światła:
1. lampę (typ 4) z dwoma białawymi diodami (światła krótkie i długie, każda ma 3 niezależne tryby i soczewkę skupiającą,), pakietem akumulatorów 18650 i bez zoomu. Dorobiłem do niej przysłonę, dzięki czemu bez oślepiania innych ma pokaźny zasięg. Wziąłem pomysł z wpisu piotrkol91 (użyłem innych materiałów) na http://szosa.org/topic/1378-o%C5%9Bwietleniejakiego-u%C5%BCywacie/page-59 . Strona 43 pokazuje różnicę z przysłoną i bez
2. słabszą latarkę z zoomem, niebieskawą diodą, soczewką rozpraszającą i na baterie R3. Ma 5 ustawień (3 pierwsze ciągłe, 2 ostatnie migające na pełną moc) – 100%, 50%, 25%, SOS, stroboskop. Jest skierowana całkiem na wprost i na zerowym zoomie pokrywa pokaźny obszar przed rowerem.

Nr 1 jest podstawowym źródłem (zawsze w rowerze), w którym głównie światło długie idzie na obszar przed kołem. Dwójka jest dodatkowa (jakby zabrakło prądu w jedynce, używam też jako zwykłej latarki), ale czasem pracuje też razem z jedynką. Tak łączę zalety soczewki rozpraszającej białawe światło ze skupiającą niebieskawe. Mogę polecić takie rozwiązanie, jeśli ktoś lubi mieć dużo światła (ja tak, ale bez rażenia) i/lub jeździ sporo po zmroku.

Za to z tyłu wystarczy zwykła lampka, byle rozsądnie jasna. Sam takiej używam – ma 5 zwykłych diod, tryb ciągły i kilka migających. Co ciekawe, dostałem ją kilka lat temu jako gratis przy zakupie latarki zoom (nie tej ww.), pewnie zbywała sprzedawcy i tak chciał się jej pozbyć. Używając jej nie miałem jeszcze sytuacji, żeby jakiś rowerzysta czy tym bardziej kierowca nie dostrzegłszy mnie w porę musiał np. ostro hamować.

Czy musem jest bardzo mocna lampa na tył? (w tym przełożona z przodu, bo i taki pomysł znalazłem w sieci) Nie jest musem, ale zwykła czerwona może podkreślić charakter roweru (do niektórych pasuje), o ile będzie właściwie pochylona. Ustawiona całkiem na wprost jest natomiast przesadą i nieporozumieniem. Już sporo razy oślepiali mnie taką (czerwoną, nie przełożoną) inni rowerzyści – nie wiem, czy w każdym przypadku pracowała pełną mocą, ale to jakby laser walił po oczach. Tu chodzi jednak o bycie widocznym. Znalazłem zresztą filmik, jak z kilometra wygląda coś takiego (konkretnie Mactronic Walle z linka wcześniej): https://www.youtube.com/watch?v=oEnR1-hJ0qM

Który tryb jest lepszy – stały czy migający? Są po prostu inne. Stały jest na pewno spokojniejszy, przyjemniejszy dla wzroku i lepszy z przodu roweru (skutecznie oświetla drogę), ale i bierze więcej energii. Mrugający (różnego rodzaju) bardziej odróżnia rower od samochodu, w którym tylko kierunkowskazy migają, jest oszczędniejszy, ale czasem (dużo) bardziej denerwuje i rozprasza (poprzez drugie stwarza też zagrożenie dla innych). Problemem jest zwłaszcza mruganie bardzo mocnej tylnej lampy, które powoduje wręcz oczopląs. Atrakcyjności nie dodają mu nawet przeróżne wymyślne kombinacje, w jakich zapalają się diody.

Być tylko widocznym czy samemu też widzieć? A jaka jest korzyść z bycia widocznym samemu nie widząc? Nie widzę żadnej, stąd uważam, że jedno i drugie. Da się to osiągnąć, ale w tym celu poza wyborem właściwych lampek potrzebne jest też właściwe ich ustawienie na rowerze i odpowiedni tryb w odpowiedniej sytuacji. Nie osiągnie się go kupnem najmocniejszych dostępnych, skierowaniem całkiem na wprost i użytkiem na pełną moc. Tak osiągnie się tylko rażenie, a tego raczej nikt po drugiej stronie nie chce doświadczać.

Trzeba samemu zobaczyć, jak to „daje”. Po zmroku przed i za rowerem sprawdzić z różnych odległości (min. kilkanaście metrów) różne pochylenia i tryby świateł (w tym miganie, ważne zwłaszcza z tyłu), a w razie potrzeby skorygować. Da się wtedy dostrzec różnicę między świeceniem i oślepianiem. Warto uwzględnić zwłaszcza wysokość oczu kierowców zwykłych samochodów osobowych (nie SUV-ów ani wyższych), tj. 100-120 cm od ziemi – to właśnie najbardziej ich potrafią oślepiać za mocne cykloświatła.

Wspomniałem wcześniej, że moja latarka jest skierowana całkiem na wprost. Tak, ale nim tak ją ustawiłem, sprawdziłem to przed rowerem. Okazało się, że tylko 25% mocy jest znośnym kompromisem widoczności dla mnie i mnie przez innych. Pozostałe tryby były za mocne, zwłaszcza stroboskop (zwariowana dyskoteka po kilka mignięć na sekundę). Za to poprawiła się widoczność mnie przez kierowców na długich prostych bez latarni – sporo szybciej niż bez latarki zmieniają wtedy światła długie na krótkie.

Poza oświetleniem aktywnym dla lepszej widoczności przez kierowców warto dodać też pasywne – odblaski, w tym zapewniające ją z boków, np. na koła, i na ręce, żeby wyraźnie pokazywać skręty (tu sprawdzą się opaski). Odblaski mogą mocno poprawić widoczność rowerzysty, a zwłaszcza kamizelka (mimo wzbudzanej niechęci ma dużą powierzchnię odblaskową). Zachęcam zresztą do sprawdzenia różnych ich typów, samemu czy z pomocnikiem – obojętne.

Czy warto jeździć rowerem na światłach w dzień? Nie, o ile bez nich widać cyklistę co najmniej przyzwoicie, a to musi sam szczerze ocenić zwłaszcza na podstawie tego, jak widzi innych uczestników ruchu. Duże znaczenie ma tu kolor jego stroju (jasny jest bardziej dostrzegalny niż ciemny) i odblaski/ich brak. Naturalnie widoczność za dnia może być słaba, np. mgła, ciemne chmury, gęsty las po obu stronach drogi – wówczas warto włączyć światła, ale nie widzę sensu jeździć na nich całą dobę jak mają obowiązek samochody. Tak zostaje im zarazem więcej energii na zmrok.

Czy warto być cichociemnym rowerzystą? Nie, bo poza bezmyślnym narażaniem swojego zdrowia i życia naraża się też czyjeś. Nawet nowa szyba samochodu nie przepuszcza 100% światła, a nocą jest go i tak dużo mniej niż za dnia. Do tego kierowcę oślepiają światła części samochodów z naprzeciwka (bo np. są źle ustawione albo na wyższych autach) i czasem utrudnia mu widoczność zła pogoda, np. deszcz. Niech nagle wyrośnie mu jeszcze przed maską cichociemny. Najczęściej będzie mieć wtedy 2 opcje – albo go potrąci, albo sam wykona gwałtowny manewr ku uniknięciu tego i ulegnie wypadkowi, bo straci kontrolę nad pojazdem.

Czy bycie dobrze widocznym na rowerze musi od razu znaczyć robienie z niego/siebie choinki? Nie, znaczy po prostu bycie dobrze widocznym. Gdyby ktoś chciał zrobić z niego/siebie choinkę, wystarczyłoby obwieszenie kompletem choinkowym, a takiego przypadku jeszcze nie spotkałem w swoim życiu.

Zresztą wystarczy spytać siebie: kogo wolałbym spotkać na drodze – rowerzystę cichociemnego czy widocznego? Obojętne, w jakiej roli byłoby się samemu – pieszego, kierowcy czy innego rowerzysty. I co powiedziałbym takiemu – jakieś ostre słowa, bo mało w niego nie wpadłem czy też podziękował, że dobrze go widać i obaj jesteśmy dzięki temu bezpieczniejsi?

A gdyby tak śmierć była radosna?

Wszystkich Świętych i Dzień Zaduszny to w Polsce czas tradycyjnych wizyt na grobach. Ludzie jadą czasem na drugi koniec kraju, żeby odwiedzić mogiły zmarłych z rodziny, przyjaciół czy znajomych. Część niestety zginie na drogach zwiększając statystyki akcji Znicz, bo mimo rokrocznych apeli policji o bezpieczną jazdę sami przesadzą z ryzykiem lub zrobi to ktoś inny na ich szkodę.

W mediach wspomina się znanych ludzi, którzy odeszli w minionym roku. Za życia niektórzy z nich niedoceniani, wyśmiewani lub krytykowani standardowo dopiero po śmierci zostaną docenieni. Znów będzie za późno na „śpieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą”. I chociaż katolicyzm głosi możliwość pójścia po niej do nieba, miejsca szczęścia, wiele osób zdaje się nastawiać bardziej na gorszy czyściec lub dużo gorsze piekło. Jeszcze inne uważają śmierć za koniec życia człowieka w ogóle. Zmarł – zostają po nim tylko szczątki i często uciążliwe sprawy ziemskie, które jacyś śmiertelnicy muszą załatwić.

Na cmentarzach tłumy ludzi i ich samochodów na parkingach. Do tego pogoda listopada, tj. często pochmurno, wietrznie, zimno, deszcz, nawet śnieg, bezlistne drzewa, krótki dzień (mniej światła), i narzekanie na nią. Zimno, a więc sezon grzewczy i związane z nim zanieczyszczenia, na pewnych obszarach duże. Przez to wszystko razem śmierć staje się bardzo nieprzyjemna, a zwłaszcza przygnębiająca.

A gdyby tak była radosna? W te dwa dni, kiedy ma ona szczególne znaczenie nigdy nie lubiłem masowej grobowej (dosłownie i w przenośni) atmosfery. Nielubienie osiągnęło apogeum w tym roku i przez to postanowiłem zrobić coś inaczej. A konkretnie napisać ten tekst z innym spojrzeniem na śmierć.

Póki co czeka ona każdego, o ile wcześniej ktoś nie wynajdzie sposobu na nieśmiertelność. Ważne jest więc jej postrzeganie, a może nastrajać optymistyczniej niż sposoby opisane wcześniej. Można uważać ją za zmianę formy istnienia – ciało fizyczne umiera, a dusza żyje dalej, a to może robić w wielu fajnych miejscach. Jakich? To już podpada pod wyobraźnię każdego, kto zechce zająć się tym tematem.

Ale nim śmierć to wcześniej życie, a w nim liczy się nie tylko długość, ale i jakość. Uważam, że lepiej żyć krótko i dobrze niż długo i źle. Są ludzie długowieczni, w tym mający ponad 100 lat, ale w dzisiejszych czasach kojarzenie, zdrowie i szczęście w takim wieku nadal jest rzadkością. Niestety. Dużo częstsze są natomiast przytępienie umysłu, liczne choroby i malkontenctwo. Razem utrudniają i uprzykrzają życie człowiekowi, a śmierć może ulżyć mu w cierpieniu. Chyba że woli cierpieć, bo i tak być może.

Trudno zaprzeczyć, że strata bliskich ludzi (czymkolwiek spowodowana) często boli i opłakuje się ją. Co jednak można zdziałać opłakiwaniem ich aż do własnej śmierci? Czy tak przywróci się im życie? Nie, dlatego lepiej cieszyć się własnym, dopóki trwa i obcować z innymi żywymi, dopóki są.

A ci już zmarli mogli odejść dekady temu lub mniej niż miesiąc, jednak wrażenie odstępu czasowego od tamtych wydarzeń potrafi pozostawać takie samo – jakby to było wczoraj. Być może mieli jeszcze tyle planów, lecz nie zdążyli ich zrealizować. W tym wreszcie spotkać się z tobą gdzieś na spokojnie, siąść, porozmawiać – ciągle nie było na to czasu, aż ten skończył się całkiem. Znów będzie za późno na „śpieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą”. Choć autor tych słów też odszedł, można traktować je jako ponadczasowe.

Pogrzeby i wizyty na grobach nie są dla zmarłych. Są tak naprawdę dla żywych. Los ciała zmarłych po ich śmierci może ich już w ogóle nie obchodzić. Może ich w ogóle nie obchodzić, czy na ich grobie ktoś posprząta, zapali znicze czy położy kwiaty. Mogą też patrząc znad niego śmiać się „I po co wy, głuptasy, tak się smucicie? Nie wiecie, jak jest tutaj, ale kiedyś też się przekonacie”. Po prostu zajmują się zupełnie innymi sprawami, o których śmiertelnicy jeszcze nie mają pojęcia.

A jeśli twoi zmarli chcieliby ci coś przekazać, co to byłoby? A zwłaszcza co odpowiedzieli na to pytanie: czy po ich śmierci masz się cieszyć, czy smucić?

O związku słów kilka

Związek człowieka z człowiekiem to jeden z chodliwych tematów, od zawsze na czasie i regularnie wraca jak bumerang. Dziś swoją refleksyjną cegiełkę do niego wniosę i ja.

Formalny, nieformalny, partnerski, małżeński czy jeszcze inny – związek potrafi być przeróżny, jeden drugiemu nierówny. Człowiek potrafi jednak mieć duże parcie na niego, tworzyć go za wszelką cenę, ale niekoniecznie słusznie – w niewłaściwej relacji okaz przynajmniej niezłego zdrowia potrafi skończyć jako wrak psychiczny lub fizyczny.

Warto więc najpierw odpowiedzieć sobie na podstawowe pytanie: po co mi tak naprawdę związek? Przykłady odpowiedzi:
1. żeby mieć kogokolwiek, bo każdy związek jest lepszy niż samotność
2. żeby zagłuszyć jakąś wewnętrzną pustkę
3. żeby poprawić sobie samoocenę
4. żeby stworzyć z kimś coś wartościowego. Jeśli tak to co konkretnie?
5. żeby doświadczać bliskości psychicznej i/lub fizycznej.

Jeśli brak jest dosyć sensownych powodów, lepiej już być samemu – nie mylić z totalnym opuszczeniem przez wszystkich ludzi i cierpieniem przez to. Chodzi tu o świadome bycie kawalerem/panną, dziś często nazywane singlem/singielką. Tak rozumiana samotność z wyboru może wymagać więcej samopoznania niż związek na siłę, ale ono może jednocześnie pokazać człowiekowi, że sam może zdziałać w wielu sferach więcej niż z kimś.

Teraz sprawy znaczeniowe z dużą rolą dosłowności. Związek to pewna więź z drugą osobą, ale przez to może być też związaniem, pętami. Jest to więc pewne ograniczenie, które może przeszkadzać zwłaszcza ludziom lubiącym dużo swobody i niezależności – szczególnie im warto się zastanowić, czy taka relacja ma sens.

Druga połówka/połowa – tak określa się czasem współtwórcę związku. Ktoś może szukać drugiej połówki lub już ją mieć, ale przecież sam nie jest połowiczny. Jest kompletny, jest całością i nie musi dosłownie szukać brakującej części dla uzupełnienia siebie, bo czegoś mu brakuje (i być może właśnie przez to cierpi, przez taką połowiczną definicję siebie). Jeśli byłoby to cierpienie, można inaczej zdefiniować współtwórcę, np. jako osobę do robienia razem fajnych rzeczy.

W kontekście związku pojawia się czasem pytanie „czego pragną kobiety/mężczyźni?”. Jest postawione źle, bo odpowiedź na nie dotyczy stanowczo zbyt dużej ilości ludzi. Jeśli spytać by całą męską czy żeńską płeć na Ziemi o jej pragnienia, powstałby całkowicie niespójny ich obraz, bo różni ludzie pragnęliby zbyt różnych rzeczy, niemożliwych do sprowadzenia do wspólnego mianownika.

Nie ma co też pytać „czego on/ona pragnie?” w sensie jak uszczęśliwiać drugą osobę zapominając o sobie. Takie postawienie sprawy to wyzbywanie się własnego szczęścia, co gorsza, na własne życzenie.

Najtrafniej postawionym pytaniem jest tu „czego pragniemy oboje?”, tzn. ja plus druga osoba. Chodzi w końcu o konkretny związek i zadbanie również o siebie.

Podstawą do związku bywa zakochanie, które internetowa wersja Słownika Języka Polskiego PWN (sjp.pwn.pl) definiuje jako „miłość do kogoś”. Z kolei „miłość” może mieć tak wiele różnych znaczeń, że warto sprecyzować ją we własnym przypadku, np. namiętność, erotyka, seks, zrównoważone uczucie, bliskość, poświęcenie, zrozumienie, sapioseksualizm, miłość platoniczna, flirt, gierki. Bez takiej precyzji łatwo o niedopasowanie z drugą osobą, bo może rozumieć to słowo zupełnie inaczej.

Zakochać się (i to bardzo mocno) można nie w kimś ogólnie jako całości, a jedynie w jego części i to nawet małej, np. części ciała czy garderoby. Taka miłość potrafi ogłupiać, wypaczać prawdziwy obraz drugiego człowieka – na podstawie jednej części czynić go idealnym w każdej, gdy takim nie jest. Niemiłe rozczarowanie pojawia się natomiast po przebudzeniu, że poza idealizowanym aspektem są też np. charakter, zachowania, przekonania, które mają pewne wady, może nawet rażące na jego tle. Dobrze jest więc dbać o zdrowe postrzeganie drugiej osoby, balans między rozsądkiem a uczuciem.

Warto też mieć trochę życia bez niej rozumiejąc to jako obustronną naturalną potrzebę (nie od razu koniec miłości), a nie tylko wszystko i wszędzie razem. Przez brak takiej swobody nawet najbardziej towarzyski i/lub uczuciowy człowiek może w końcu poczuć się osaczony czy zacząć dusić, a to nie sprzyja udanej relacji.

Związek może mieć różny staż. Jeśli w planach jest długi, warto odpowiedzieć sobie na pytanie „gdzie widzę siebie z tą osobą za 5/10/20/więcej lat?”. Ważne, czy jest jego dokładna wizja, np. wspólnych płaszczyzn – jej brak może znacząco osłabić jego jakość (w tym spowodować refleksje, gdzie podział się ten szarmancki mężczyzna czy ta miła kobieta sprzed lat) lub skrócić. Chodzi tu zwłaszcza o romantyczny związek, częsty rodzaj. Jak długo starczy pomysłów i sił na romantyczne prezenty, kolacje, wieczory, wyjścia do kina, teatru, wyjazdy do Paryża? Jeśli to wszystko kiedyś się znudzi, co wtedy – zmiana charakteru relacji czy jej koniec?

Różne są pomysły związane jakoś ze związkiem. Podzielę się jednym, na który kiedyś się natknąłem (nie jest to cytat): kobieta powinna sprawiać, żeby jej mężczyzna ciągle miał wrażenie, że nie zdobył jej ostatecznie.

Przytaczam go w celu komentarza: cały ten pomysł zdobywania kogokolwiek (płeć obojętna) nie ma większego sensu. Zdobywać to można punkty, a co to za frajda być z kimś, z kim relacja jest ciągle niepewna, bo nie został ostatecznie zdobyty? Żadna, bo taka osoba może zawsze odejść z byle powodu. Cała frajda polega natomiast na obustronnej wierności – tym, że jest bliski człowiek, który naturalnie (stabilnie, bez musu zdobywania) chce fajnego kontaktu i dostaje to samo.

Poza tym czy kobieta, która nie sprawia wrażenia wyżej będzie łatwa, a zwłaszcza od razu puszczać się z każdym? Czy będzie też omijana szerokim łukiem przez absolutnie wszystkich mężczyzn, bo nie jest trudna = atrakcyjna i nie mogą zdobywać jej jakimiś wymyślnymi sposobami? Nie lubię takiego stawiania łatwości. Za trafniejsze uważam postrzeganie kobiety jako łatwej, gdy łatwo jest mieć z nią upragniony kontakt (po prostu) i nie musi tu chodzić tylko/zwłaszcza o seks.

Portale społecznościowe – obserwacje po latach

W tym tekście trochę moich spostrzeżeń po latach do różnych portali społecznościowych. Na niektórych byłem kiedyś, a na innych jestem nadal.

Read the rest of this entry

Polska historia

Tym razem trochę przemyśleń o historii Polski.

Jej dobre epizody potrafią być idealizowane, wyolbrzymiane czy utrwalane w mitach, a złe ukrywane (jako niechlubne czy wręcz tabu) lub upiększane tak, żeby wypadały lepiej. Oba typy są jednak jej częścią takie, jakie są, jakimi się wydarzyły (przedstawione zgodnie z prawdą), a jakakolwiek ich celowa zmiana fałszuje historię.

Bywa ona jednak różnie postrzegana i te różnice są źródłem wielu istniejących sporów historycznych Polski z innymi krajami. Jeśli kiedykolwiek mają zostać rozwiązane, trzeba zacząć od zaraz i robić to na bieżąco, bo czas ciągle płynie i zapisuje kolejne zdarzenia w historii, a wraz z nimi potencjalne kolejne spory. Bez takiego działania nigdy nie dałoby się ich rozwiązać.

Trzeba też szczerze chcieć je rozwiązać. O to Polsce może być o tyle trudno, że w swojej historii była wielokrotnie krzywdzona, poniżana czy wystawiana do wiatru, o co potrafi mieć duże poczucie krzywdy i wiele pretensji do innych państw.

Tych negatywnych rzeczy nie doświadczała jednak bez przyczyny. Jedną z ich głównych przyczyn jest mesjanizm Adama Mickiewicza, utrwalany przez pokolenia w głowach Polaków. Mickiewicz uczynił z Polski Chrystusa, który miał umrzeć za narody świata (męczeństwo, które znalazło duży oddźwięk w kraju), a sam został później uznany za jednego z polskich wieszczy narodowych.

Czy jednak taka mordercza koncepcja powinna kiedykolwiek znaleźć taki oddźwięk? Zwłaszcza w kraju pod zaborami, który chciał odzyskać niepodległość? I czy jej twórca powinien kiedykolwiek stać się wieszczem narodowym, zyskać tak ważną rolę?

Stawiając te pytania z perspektywy czasu, dwa wieki później, można odpowiedzieć, że zdecydowanie nie, bo Polska powinna była zwłaszcza wybrać zupełnie inny, bardziej zrównoważony przepis na swój los.

Wówczas jednak wybrała mesjanizm, ale ten zbiera swoje męczeńskie żniwo przez kolejne pokolenia aż po dzisiejsze. Jego skutki to np.:
– wiele przegranych powstań i represje na ich uczestnikach
– okupacja Polski podczas drugiej wojny światowej i za PRL-u
– mnóstwo ofiar w ogólnej walce Polski o niepodległość
– stanowczo za mało stabilnych i dobrze płatnych miejsc pracy (męczenie się finansowo)
– wiele negatywnego podejścia, np. niechęci, wrogości, różnych kręgów społecznych w Polsce wobec siebie nawzajem. Tak męczą się własną obecnością na terytorium jednego kraju
– narzekanie, które wynika z ogólnego zmęczenia męczeńską historią
– wiele niekorzystnych politycznie decyzji dla Polski na arenie międzynarodowej.

Historia już się wydarzyła i nie cofnie się jej, ale dzięki teraźniejszości można stworzyć lepszą przyszłość niż mesjańska, co jak najbardziej warto zrobić. W imię Chrystusa narodów zginęło już stanowczo za dużo Polaków i bezsensem jest, żeby ginęli kolejni. Bezsensem jest czynić z Polski cmentarz większy niż jest dziś, a można nieładnie powiedzieć, że wręcz stoi trupami.

Jest też już stanowczo za dużo smutnych, krwawych czy tragicznych dat do upamiętniania i bezsensem jest dodawać kolejne takie do kalendarza. Kiepsko byłoby doczekać czasów, żeby dosłownie każdy dzień był datą tego typu i nie było nic radosnego do świętowania w polskiej historii.

Jeszcze ostatnia sprawa. Na początku wspomniałem o mitach. Były one tworzone i utrwalane mocno przez literaturę. Przykładem jest opis obrony Jasnej Góry w „Potopie” Henryka Sienkiewicza, który pisał ku pokrzepieniu serc Polaków pod zaborami. Szerzej o mitach i literaturze w XIX i XX w. mówi ten tekst:

http://www.bryk.pl/wypracowania/jezyk_polski/prace_przekrojowe/5891-jak_literatura_polska_xix_lub_xx_wieku_tworzy_i_demaskuje_mity_narodowe.html

Polecam jako uzupełnienie tematu.