Archiwa blogu

A gdyby tak śmierć była radosna?

Wszystkich Świętych i Dzień Zaduszny to w Polsce czas tradycyjnych wizyt na grobach. Ludzie jadą czasem na drugi koniec kraju, żeby odwiedzić mogiły zmarłych z rodziny, przyjaciół czy znajomych. Część niestety zginie na drogach zwiększając statystyki akcji Znicz, bo mimo rokrocznych apeli policji o bezpieczną jazdę sami przesadzą z ryzykiem lub zrobi to ktoś inny na ich szkodę.

W mediach wspomina się znanych ludzi, którzy odeszli w minionym roku. Za życia niektórzy z nich niedoceniani, wyśmiewani lub krytykowani standardowo dopiero po śmierci zostaną docenieni. Znów będzie za późno na „śpieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą”. I chociaż katolicyzm głosi możliwość pójścia po niej do nieba, miejsca szczęścia, wiele osób zdaje się nastawiać bardziej na gorszy czyściec lub dużo gorsze piekło. Jeszcze inne uważają śmierć za koniec życia człowieka w ogóle. Zmarł – zostają po nim tylko szczątki i często uciążliwe sprawy ziemskie, które jacyś śmiertelnicy muszą załatwić.

Na cmentarzach tłumy ludzi i ich samochodów na parkingach. Do tego pogoda listopada, tj. często pochmurno, wietrznie, zimno, deszcz, nawet śnieg, bezlistne drzewa, krótki dzień (mniej światła), i narzekanie na nią. Zimno, a więc sezon grzewczy i związane z nim zanieczyszczenia, na pewnych obszarach duże. Przez to wszystko razem śmierć staje się bardzo nieprzyjemna, a zwłaszcza przygnębiająca.

A gdyby tak była radosna? W te dwa dni, kiedy ma ona szczególne znaczenie nigdy nie lubiłem masowej grobowej (dosłownie i w przenośni) atmosfery. Nielubienie osiągnęło apogeum w tym roku i przez to postanowiłem zrobić coś inaczej. A konkretnie napisać ten tekst z innym spojrzeniem na śmierć.

Póki co czeka ona każdego, o ile wcześniej ktoś nie wynajdzie sposobu na nieśmiertelność. Ważne jest więc jej postrzeganie, a może nastrajać optymistyczniej niż sposoby opisane wcześniej. Można uważać ją za zmianę formy istnienia – ciało fizyczne umiera, a dusza żyje dalej, a to może robić w wielu fajnych miejscach. Jakich? To już podpada pod wyobraźnię każdego, kto zechce zająć się tym tematem.

Ale nim śmierć to wcześniej życie, a w nim liczy się nie tylko długość, ale i jakość. Uważam, że lepiej żyć krótko i dobrze niż długo i źle. Są ludzie długowieczni, w tym mający ponad 100 lat, ale w dzisiejszych czasach kojarzenie, zdrowie i szczęście w takim wieku nadal jest rzadkością. Niestety. Dużo częstsze są natomiast przytępienie umysłu, liczne choroby i malkontenctwo. Razem utrudniają i uprzykrzają życie człowiekowi, a śmierć może ulżyć mu w cierpieniu. Chyba że woli cierpieć, bo i tak być może.

Trudno zaprzeczyć, że strata bliskich ludzi (czymkolwiek spowodowana) często boli i opłakuje się ją. Co jednak można zdziałać opłakiwaniem ich aż do własnej śmierci? Czy tak przywróci się im życie? Nie, dlatego lepiej cieszyć się własnym, dopóki trwa i obcować z innymi żywymi, dopóki są.

A ci już zmarli mogli odejść dekady temu lub mniej niż miesiąc, jednak wrażenie odstępu czasowego od tamtych wydarzeń potrafi pozostawać takie samo – jakby to było wczoraj. Być może mieli jeszcze tyle planów, lecz nie zdążyli ich zrealizować. W tym wreszcie spotkać się z tobą gdzieś na spokojnie, siąść, porozmawiać – ciągle nie było na to czasu, aż ten skończył się całkiem. Znów będzie za późno na „śpieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą”. Choć autor tych słów też odszedł, można traktować je jako ponadczasowe.

Pogrzeby i wizyty na grobach nie są dla zmarłych. Są tak naprawdę dla żywych. Los ciała zmarłych po ich śmierci może ich już w ogóle nie obchodzić. Może ich w ogóle nie obchodzić, czy na ich grobie ktoś posprząta, zapali znicze czy położy kwiaty. Mogą też patrząc znad niego śmiać się „I po co wy, głuptasy, tak się smucicie? Nie wiecie, jak jest tutaj, ale kiedyś też się przekonacie”. Po prostu zajmują się zupełnie innymi sprawami, o których śmiertelnicy jeszcze nie mają pojęcia.

A jeśli twoi zmarli chcieliby ci coś przekazać, co to byłoby? A zwłaszcza co odpowiedzieli na to pytanie: czy po ich śmierci masz się cieszyć, czy smucić?

Reklamy

Tęsknota za dzieckiem w dorosłym

Dzieciństwo bywa czasem zabawy i beztroski. W sensie wieku nie trwa jednak wiecznie i w którymś momencie jego czas przemija, przychodzi za to ten na dorosłość.

Jej synonimem jest słynna 18-stka, osiemnaste urodziny, tak mocno oczekiwane przez niektórych, bo jawią się zarazem jako synonim wielu możliwości. Wreszcie legalnie można np. kupować alkohol, papierosy, zrobić prawo jazdy czy głosować. W dorosłości dobrze byłoby też (i to jak najszybciej) znaleźć pracę, wziąć ślub i spłodzić potomstwo, żeby dzięki niemu kiedyś doczekać się wnuków.

Świeżo upieczony dorosły potrafi rzucić się w wir korzystania z dorosłości do woli. Na początku jest fajnie, zwłaszcza dzięki osiąganiu coraz to kolejnych jej celów z listy, które dają poczucie spełnienia i są miłymi nowościami. Lata jednak mijają, a dorosłość potrafi stać się zbyt uciążliwa i nieprzyjemna, np. powodować sporo zmęczenia życiem czy rozdrażnienia. Wówczas bledną te wszystkie świetlane możliwości, które miała dawać, a kryteria zawodowe i rodzinne, które udaje się spełniać nie dają już tak dużej satysfakcji.

Dlaczego?

Czego zabrakło w równaniu życia?

Mogło różnych składników, ale tu chcę skupić się na jednym – pielęgnacji dziecka w sobie bez względu na wiek. Nie w sensie dosłownym, np. zabaw z grabkami i wiaderkiem w piaskownicy w wieku 90 lat, ale przenośnym.

Ciekawość świata, radość (cieszenie się, pogoda ducha), kreatywność, swoboda (nieskrępowanie konwenansami), entuzjazm (zaangażowanie w wykonywaną czynność) – za takimi cechami potrafi tęsknić dorosły, który dziecko w sobie tłumi, ale tak naprawdę tęskni do niego. Stąd potrafi patrząc na czyjeś mówić, że jest np. słodkie czy aniołkiem.

Wejście w dorosłość nie musi jednak być równoznaczne z wyzbyciem się dziecka w sobie, żeby zrobić miejsce (odpowiednio zamiast cech wcześniejszych):
– zamknięciu na świat
– zgorzkniałości, śmiertelnej powadze, rozdrażnieniu
– schematyczności
– skrępowaniu
– wyjałowieniu.

Na człowieka z częścią takich cech można użyć określenia „zdziadziały” – dziad, którego (prawie) nic nie cieszy, za to (prawie) wszystko wnerwia. Mówiąc dosłownie nie musi być jednak dziadem podeszłym w latach, bo równie dobrze może być  w średnim wieku albo nawet nastolatkiem. Zdziadzenie nie jest zależne od wieku, a od tłumienia dziecka w sobie.

Tęsknisz czasem do własnego dzieciństwa?

Wspominasz je jako wspaniały okres w twoim życiu czy raj utracony?

Może warto więc wrócić do cech tamtego czasu i napełnić nimi swoje życie na nowo?

Jeśli nadal umiesz przywołać je w myślach, umiesz też na pewno zrobić to napełnienie. Nie stłumiłeś dziecka w sobie całkowicie. Jest ono nadal żywe na tyle, żeby być może wnieść nową lepszą jakość w twoje życie.

Na koniec krótka historia, której byłem świadkiem kilka miesięcy temu. Rozrzewniająca – to słowo najlepiej mi ją opisuje.

Otóż szedłem przejściem podziemnym (płaski wiadukt, kilkadziesiąt metrów długości) pod ruchliwą trasą, gdzie z naprzeciwka mijałem matkę z kilkuletnim dzieckiem, nie było akurat innych ludzi. Gdy byłem kilka metrów od nich, dziecko zaczęło wesoło podskakiwać (naprzód, z nogi na nogę), a po chwili matka razem z nim. Po nim – kilkuletnim – spodziewałbym się tego, ale po niej? Nie i przez to w pierwszej chwili aż oniemiałem z wrażenia, że ona – babka, z twarzy jakieś trzydzieści kilka lat – tak sobie skacze. Bardzo rzadko wcześniej widywałem takie dziecięce zabawy dorosłych. W drugiej chwili jednak, po kilkunastu krokach, pomyślałem, że po prostu zachowała dziecko w sobie na tyle, że bez krępacji umie poskakać wesoło z własnym. Nie ma więc co aż niemieć.

Dzięki czemu czujesz, że żyjesz?

Optymalnemu dla ciebie tempu życia?

Kontaktowi z osobą, którą bardzo lubisz?

Spacerom?

Jeździe rowerem?

Kontemplacji krajobrazu?

Fotografowaniu?

Tańcowi?

Śpiewowi?

Cokolwiek to jest, warto to robić, bo to właśnie takie rzeczy dodają życiu uroku. To właśnie one często odróżniają wegetację od życia z jakąś większą frajdą i poczuciem jakiegoś większego sensu.